poniedziałek, 8 lutego 2016

XVIII

Zebraliśmy jedynie ostrza. Po nic innego nie zdążylibyśmy się wrócić, zanim dosięgłaby nas ogromna fala. Szum wody słyszałam tuż za sobą, gdy biegłam ile sił w nogach, ledwo nadążając za Ottonem, którego kroki były tak ogromne, że było to nie lada wyzwaniem. Z każdym pokonanym metrem czułam coraz większy ból w mięśniach, a oddech stawał się płytki i urywany. Adrenalina nie dała mi jednak się zatrzymać, a jednocześnie poddać żywiołowi. Wrzała w moich żyłach dając mi siły więcej, niż w życiu mogłam kiedykolwiek poczuć. Biegliśmy na oślep przez las. Nie patrzyliśmy się na nic, drzewa omijaliśmy jednak bez trudu. Czując na swoich plecach chłód wody starałam się przyśpieszyć, jednak mój organizm zaczął się buntować, oddech z płytkiego stał się świszczący. Czułam, że moje nogi długo nie wytrzymają szaleńczego wyścigu z żywiołem, aż w końcu potknęłam się i runęłam na ziemię. 
Sojusznik zatrzymał się w ostatnim momencie. Zawrócił szybko i pomógł mi zwlec się z ziemi
- Wstawaj, nie poddawaj się! - zagrzewał mnie do dalszego biegu. Moje kończyny były jednak jak z waty - drżały, były miękkie i niemożne do ruchu.
- Nie dam rady - zaskomlałam wypowiadając każdy kolejny wyraz w przerwie pomiędzy wdechami. Chłopak z całych sił próbował pomóc mi się podnieść, zerkając co chwilę na zbliżającą się ku nam wodę. Sama spojrzałam w jej stronę. Zmroziło mnie. Fala była ogromna, sięgała niemalże koron drzew.
- Kurwa, nie uciekniemy! - zaklął próbując wymyślić co zrobić. Chłopak westchnął - złap mnie za rękę i wstrzymaj oddech. - Na jego polecenie splotłam swoje palce z jego i czekałam na uderzenie wody. Kiedy te nastąpiło, zaczerpnęłam tyle powietrza ile tylko się dało. 
Woda otuliła nas swoją chłodną kurtyną z każdej strony. Znaleźliśmy się pod wodą. Przypadkiem nabrałam nosem wody i poczułam jak zaczynam się dusić. Puściłam rękę Ottona, jednak ten nie zwolnił uścisku. Trzymał mnie i nie pozwolił się oddalić. Ja jednak nie mogłam pozbyć się uczucia płomienia trawiącego moje płuca od wewnątrz. Czułam, że muszę wynurzyć się, bo inaczej się utopię. Ciężar chłopaka jednak nie pozwalał mi uciec od niego i miałam wrażenie, jakobyśmy byli ze sobą związani. Szamotałam się chcąc się wyswobodzić, lub przynajmniej wypłynąć z nim na powierzchnię wody. W końcu zrozumiał co mogą oznaczać moje szaleńcze podrygiwania ręką i wypłynęliśmy.
Zaczerpnęłam powietrza i zakaszlałam chcąc się pozbyć wody z płuc. Chłopak wynurzył się zaraz po mnie. Kiedy wzrok przestał być rozmyty przez wodę, mogłam popatrzeć na to, że już dawno woda przeniosła nas poza obszar lasu. Wolną ręką odgarnęłam włosy z czoła i spojrzałam na chłopaka, który łapczywie chwytał tlen. Fala powoli opadała, jednak z tą samą zapalczywością wynosiła nas do celu podróży - do centrum miasta.
- A więc to po to - wysapał Otton oglądając budynki straszące swoim opustoszeniem. Tsunami całkowicie wycofało się, gdy byliśmy na miejscu, w którym odbywała się Parada Trybutów.
Na środku znajdował się stół. Stół został nieruszony przez żywioł. Biały obrus nie został nawet odrobinę pochlapany przez wodę, a stojące na nim barwne pakunki obwiązane grubą czerwoną wstążką, Z niej utworzono na górze prezentów ogromne kokardy. Pudełka nie przesunęły się nawet o milimetr. Wyczułam ironię ze strony twórców Igrzysk. "Jak przeżyjesz, będzie to dla ciebie największym prezentem. A jak nie, musisz zadowolić się tym".
Na plac prowadziły cztery drogi, które wyznaczały granice każdej z dzielnic Kapitolu. Na przeciwległej drodze leżał rozłożony na brzuchu, ledwo oddychający Matthew. Hadria z naszej prawej strony, była cała mokra i przerażona, a Beatryce z różową grzywką opadającą na czoło z lewej. Naraz rozległ się głos jednego z organizatora Igrzysk.
- Witajcie w finale finałów. Każdy z waszych sponsorów postanowił dać wam coś, co jest dla was niezbędne, by przeżyć. Każda z tych rzeczy znajduje się w pakunku podpisanym nazwą waszej dzielnicy. Niech los zawsze wam sprzyja. - Ton jego głosu zirytował mnie. Poczułam mrowienie pod skórą, gdy wesoły, pełen entuzjazmu. Spojrzałam na Ottona, którego ręka wyślizgnęła się z uścisku. Rzuciłam mu pytające spojrzenie.
- Wybacz, Vesper, ale tę bitwę musisz zwyciężyć sama - rzekł i wstając wyciągnął z pochwy swój niebezpiecznie zakończony nóż. Następnie popędził w stronę stołu. Byłam zbyt osłupiała, by móc ruszyć się z miejsca. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens słów chłopaka. Ten drań zostawił mnie samą na lodzie! W końcu udało mi się wstać i pobiec po potrzebne mi rzeczy. Otto brał właśnie pudełko w ręce. Beatryce czaiła się gdzieś za budynkami. Matthew próbował prześlizgnąć się bez walki do swojego prezentu, a natomiast Hadrii nigdzie nie umiałam znaleźć.
Dobiegłam do celu. Chwyciłam pakunek w ręce, lecz w tym samym czasie poczułam jak ktoś chwyta mnie od tyłu podduszając. Zdecydowanie była to męska ręka. Postać przywarła do moich pleców nie dając mi żadnej swobody ruchu ani możliwości ucieczki. Wypuściłam rzecz z rąk i złapałam ją starając się złapać powietrze.
- Nie zasługujesz, żeby tu być! Pozwól mi skrócić swoje cierpienie! Nie walcz ze mną! - Słowa Matta były pełne desperacji i obłąkania. Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie ze mną robił. Czułam jak robiłam się czerwona na twarzy, jak tlen nie chciał mnie dosięgnąć. Najgorsze było to, że chłopak był tak silny, że nie byłam w stanie się obronić przed jego atakiem. Miałam mroczki przed oczami, które sprawiały, że całą scenę spowijała ciemność. Moje kończyny powoli przestawały być wyczuwalne.
Nagle poczułam, że uścisk się zwalnia, a ja lecę w tył, jakby w zwolnionym tempie. Upadłam na ziemię, jednakże moja głowa nie odbiła się od twardej i zimnej marmurowej posadzki, a o ciepłe ciało. Usłyszałam wybuch. Zniekształcony, głuchy, cichy i dziwnie powolny. Dopiero, gdy łapczywie wciągnęłam powietrze wszystko wróciło do normy. Jedynie czaszka pulsowała mi bólem.
Usiadłam na ziemi i zamrugałam kilka razy. Spojrzałam się do tyłu. Ręce Ottona brudziła szkaradna czerwona i wciąż świeża krew. Jego wzrok wbity był w ziemię, dlatego też tam zerknęłam. Zwłoki Matta leżały w pokracznej, niemal groteskowej pozie, a w jego brzuchu ziała czerwono-czarna plama. Jego twarz wykrzywiał grymas rozwścieczenia pomieszanego z niedowierzaniem. Nie dokończył swojego planu wykończenia mnie.
W końcu spojrzał na mnie. Jego oczy nie wyrażały żadnych emocji, jakby nie zabił właśnie człowieka.
- Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Rozumiesz, jesteś moją sojuszniczką, a on po prostu... - Nie wiem co mi strzeliło do głowy. Nie mam pojęcia, co za dzika żądza mną zawładnęła, że podniosłam się z ziemi i stając na palcach wpiłam się w usta chłopaka. Otto osłupiał momentalnie, jednak po chwili oddał pocałunek. Niezwykle lekko i czule. Spodziewałam się, że będzie całował zachłannie, bez zahamowań, ale jego delikatność pozytywnie mnie zaskoczyła. Wargi chłopaka były suche i spękane przez wiele dni spędzonych na arenie, więc pod tym względem te przeżycie odbiegało od moich wyobrażeń pierwszego pocałunku. Zamknęłam oczy chcąc się zatracić w jego zapachu i dotyku. Woni potu, kręcących się na karku końcówek włosów i szorstkiego zarostu. Biło od niego ciepło, a oddech trybuta otulił moją twarz powodując lekkie dreszcze.
Oderwaliśmy się od siebie. Otto wytrzeszczył oczy, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie się między nami wydarzyło. Ja zresztą też. Dotknęłam warg, wciąż czując na nich nacisk ust chłopaka. W szale namiętności nie usłyszeliśmy nawet nadlatującego nad naszymi głowami srebrnego poduszkowca, który odleciał cicho, zabierając ciało Matta.
- Przepraszam - rzekłam, bojąc się spojrzeć na jego twarz - nie powinnam była...
O dziwo, sojusznik uśmiechnął się do mnie szeroko. W jego oczach zatańczyły wesołe iskierki.
- Daj spokój, Vesper. Było w porządku - odparł i śmiejąc się pod nosem podszedł do miejsca, w którym upuścił swój prezent od sponsorów, zostawiając mnie z trzęsącymi się nogami. Idąc jego tropem, podniosłam należący do mnie pakunek i rozwiązałam wstążkę, ciekawa co czeka mnie pod wiekiem.
- Nie otwieraj tego tu, bo zabiją nas z palcem w dupie. Znajdźmy sobie jakąś lepszą kryjówkę - zaczął, krytycznie patrząc na mój brak pomyślunku i ruszył w obranym przed uderzeniem wielkiej fali kierunku - do mojej rodzinnej Dzielnicy Zachodniej.
Na miejscu Parady Trybutów zatrzymała nas jeszcze jedna rzecz - mały spadochron z przymocowaną doń metalową kapsułą. Wzięłam ją w ręce i otworzyłam, by w środku ujrzeć kwiat białej róży.
- Co się ociągasz? - Zawołał Otto, będąc już dobre dwadzieścia metrów dalej.
- Moment, zaraz cię dogonię! - Odkrzyknęłam i w odpowiedzi usłyszałam ciche pomrukiwania chłopaka.
W środku oprócz kwiatu była również karteczka od Katniss.

Brawo! Nie myślcie sobie jednak, że przez Wasz romans wygracie Igrzyska.

wtorek, 29 września 2015

XVII

Chłopcy
rzucają
dla zabawy
kamieniami 
w żaby

Żaby 
umierają
na poważnie
Erich Fried, "Bez humoru"



Przetarłam oczy w niedowierzaniu i po raz kolejny przeanalizowałam treść wiadomości Katniss. Czytając po raz setny słowa zapisane na kartce, te wciąż nie zmieniły swojego sensu. Poczułam ulgę, szybko jednak zastąpioną przez złość. Ulgę, że stąd znikniemy i pieprzone Igrzyska się zakończą, a złość o to, że głupi kapitolińczycy przez cały czas trwania walki na śmierć i życie myśleli, że wszystko jest ustawione, a my odgrywamy rolę w jakimś przedstawieniu. Westchnęłam głęboko. Tylko nie wrzeszcz, Ves, tylko nie wrzeszcz, nakazałam sobie w myślach i postanowiłam powiadomić o odkryciu Ottona.
Podpełzłam do chłopaka i szturchnęłam go w ramię. Z jego gardła wydobył się niemrawy, lecz pełen dezaprobaty pomruk, jednak mimo to wciąż spał jak zabity. 
- Otto! - szepnęłam wciąż potrząsając jego ramieniem
- Daj spokój, powiesz mi rano. - Przewrócił się na drugi bok ciężko wypuszczając powietrze. Skoro nie chciał po dobroci, postanowiłam inaczej go wybudzić. Trzepnęłam chłopaka w głowę. Jego oczy gwałtownie się rozwarły ukazując złość. Przynajmniej się rozbudził - czy to naprawdę nie może poczekać do jutra? - wycedził przez zęby. Pokręciłam głową i podałam mu tackę z kurczakiem. Chciałam przed widzami zachować pozory, że nie jestem świadoma tego, czego właśnie się dowiedziałam. Skrawek papieru wcisnęłam pomiędzy udka nieszczęsnego zwierzęcia - kurczak, serio? Budzisz mnie w środku nocy, żeby podzielić się ze mną kurczakiem? - uniósł w górę jedną brew ukazując tym samym swoje zniesmaczenie i złość.
- Kartka - mruknęłam. Chłopak w geście zrozumienia kiwnął głową i sięgnął po wiadomość, jednocześnie biorąc w rękę mięso. Przeczytał po raz pierwszy. Przeczytał po raz drugi. Po raz trzeci i czwarty i tak samo jak ja wciąż nie mógł nadziwić się głupocie ludzi uważających siebie za "oświeconą, błyskotliwą i inteligentną społeczność".
- Prędzej zrobią powtórkę sprzed piętnastu lat, niż zwolnią trybutów z areny w trakcie finału - sarknął i oddał mi karteczkę.
- To się okaże. Nie chce mi się dalej wierzyć, że dali sobie wmówić, że to wszystko jest zabawą, a po skończeniu Igrzysk wszyscy wrócimy w podskokach do domu. Nie wiem jak było u ciebie na Dożynkach, ale u nas Torii Vernal powiedziała nam, że będziemy walczyć o sławę i bogactwo. Nie wspomniała nic o śmierci trybutów. Może to ich zmyliło? Jak myślisz?
Otto podrapał się po brodzie, na której widoczny miał już zarost.
- Myślę, że niczego się nie nauczyli od ostatnich Igrzysk - jego ton był bezlitosny. Miał rację. A przynajmniej tak mi się wydawało. Kapitolińczycy już nie pierwszy raz pokazali światu swoją lekkomyślność. Nie wiedząc co dalej ze sobą zrobić, usiedliśmy i postanowiliśmy posilić się podesłanym nam mięsem, odkrywając tym samym jak bardzo byliśmy głodni.
Jeśli nie wiesz jak zdefiniować słowa "byś głodnym jak wilk" i "jeść aż się uszy trzęsły" to z autopsji mogę przekazać - głód dosięgnął mnie tak nagle i tak dotkliwie, że widząc jedzenie nie byłam w stanie myśleć dalej o kartce podesłanej przez Katniss. Czułam, jak żałośnie skurczony żołądek domagał się posiłku burcząc okropnie, a dłonie trzęsły mi się z niecierpliwością, zanim każdy kolejny kęs dostał się do ust. Wspaniała woń jedzenia rozniosła się wokół nas, aż do ust naleciała mi ślinka, a oczy się posilały samym widokiem pysznego jedzenia. Coś niesamowitego.
Po skończonym posiłku zamieniliśmy się. Ja poszłam się przespać, a Otto wartował.

***

- Vesper, obudź się. - Syknięcie przy uchu było ostrzegawcze, dlatego otworzyłam oczy i momentalnie sięgnęłam po nóż leżący obok głowy. Dopiero potem najciszej jak umiałam podniosłam się z ziemi. Chłopak nie pozwolił mi jednak wychylać się zbytnio. Spojrzałam na niego pytająco, na co on pokręcił głową. Za chwilę miałam sama się przekonać.
Napięłam mięśnie w oczekiwaniu. Nie minęła jednak chwila, a na drodze wyłoniła się sylwetka Hadrii, oświetlona przez blask naszego dogasającego ogniska. Szła nieuzbrojona, Ręce trzymała w kieszeniach zaplamionej zaschniętą krwią kurtki. Zacisnęłam szczęki i popatrzyłam na chłopaka. Ten gestem nakazał mi przygotować się do zaatakowania od boku. Kiwnęłam głową i ruszyłam we wskazanym przez chłopaka kierunku.
Roślinność zaszumiała, mimo moich największych starań, by zachować ciszę. Zaklęłam w duchu widząc jak dziewczyna zastrzygła uszami, odwracając głowę w moją stronę.
- Kto tu jest? -  Rozległo się pytanie. Pomimo jej bojowniczej i niczym nie przejmującej się postawy w jej głosie usłyszałam lekkie drżenie. No tak. Przecież straciła wszystkich swoich sojuszników. Jej prezencja różniła się od sylwetki wystrzałowej dziewczyny z wywiadu, czy doskonałej wojowniczki, jaką była podczas treningów.
Kocica zatrzymała się z jedną nogami lekko ugiętymi w kolanach. Gotowała się, by w razie niebezpieczeństwa uciec.
Wyszukałam w krzakach naprzeciwko stalowego spojrzenia oczu Ottona. Chłopak skinął lekko głową. Odpowiedziałam mu tym samym i nie zastanawiając się dłużej, oboje rzuciliśmy się w ataku partyzanckim na niczego niespodziewającą się dziewczynę.
Hadria pisnęła widząc dwa noże celowane w nią, jednak gdy rzuciłam w nią jednym z nich, tej udało się odskoczyć. Ostrze Ottona nawet jej nie drasnęło, dziewczyna nie dość że zrobiła błyskawiczny unik, to jeszcze zdążyła przy tym sięgnąć po leżący nieopodal mój nóż.
Tym razem jednak klinga broni chłopaka drasnęła ją w ramię, gdy ta podnosiła się. Stęknęła. Ja w tym czasie zaszłam są od tyłu. Dziewczyna znalazła się pomiędzy nami, przeskakując wzrokiem między moją, a jego twarzą, szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji.
- To koniec, Hadrio - rzekłam, nie mogąc wciąż uwierzyć w to, jak los nam sprzyjał, pozwalając zapędzić w kozi róg najgorszą według nas rywalkę.
Kocica zacisnęła szczęki i zaczęła zaciskać i rozluźniać pięści. Nie zdążyłam jednak zarejestrować, kiedy ta rzuciła się na mnie z obnażonymi pazurami i typowym dla kotów sykiem. Ze zwinnością kota skoczyła na mnie, powalając mnie tym samym na plecy. Otton nie pozwolił jej jednak cieszyć się długo przewagą i chwyciwszy ją pod pachy, odciągnął Hadrię ode mnie. Dziewczyna syczała, kopała i wierzgała chcąc się wyswobodzić
- Zabij ją, teraz! No już! - wrzasnął chłopak, starając się utrzymać ją zamkniętą w żelaznym uścisku. Nic jej próby ucieczki jednak nie dały, dopóki nie usłyszeliśmy potężnego ryku fali wody. Chłód bryzy morskiej porwał nagle moje wyswobodzone z kucyka kosmyki włosów. Nasza zakładniczka zjeżyła się jak kot, a potem jakimś cudem dosięgła Ottona swoimi długimi pazurami.
- Udrapała mnie! - krzyknął, lecz mimowolnie ją puścił. Hadria uciekła nam. Nie to jednak było najgorsze, a ogromna fala, która zmierzała właśnie w naszą stronę.

*
Mówią, że lepiej późno, niż wcale. 
Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się napisać końcówkę tej historii, jednak przy moim zapale coś czarno to widzę... :(

sobota, 23 maja 2015

XVI

- Matthew? - zaczęłam ostrożnie. W oczach chłopaka pojawiło się zaskoczenie. Jego twarz wyglądała... dziko, rzekłabym, że prymitywnie. Nie sądziłam, że Igrzyska tak znacząco wpłyną na jego psychikę.
- Ve...Ves...Vesp-er - usłyszałam w odpowiedzi. Na jego twarzy pojawił się smutek - śmi-erć będzie na-szym wybaw-ieniem - wyciągnął w moją stronę drżącą dłoń - po-winniśmy umrz-eć
- Nie - stanowczy głos Ottona sprawił, że chłopak z przerażeniem odszedł kilka kroków i skulił się w sobie
- To morderca - Matt wyglądał jeszcze bardziej dziko, niż mogłam to sobie wyobrazić. W jego oczach nagle zaiskrzyła wściekłość niemalże zwierzęca. Nagle przestał też się jąkać - Vesper, odejdź od niego, on cię zabije - ostrzegł mnie i ruszył w moją stronę. Otton jednak stanął przede mną i zasłonił rękoma
- Nie, nawet nie podchodź
- Bo co? Mnie też zabijesz? - prychnął wbijając paznokcie w skórę dłoni. Mój sojusznik wyciągnął przed siebie niebezpiecznie ostro zakończony nóż grożąc przy tym stojącemu naprzeciw nam Matthewowi.
- Ona nie powinna tu być, nie zasługuje na to! - ryknął i nim Otton zdołał zareagować, ten rzucił się na niego, wyrwał mu z rąk ostrze i odrzuciwszy je na bok zaatakował twarz przeciwnika pięściami. Głośno wciągnęłam powietrze starając się rozdzielić ich i wstrzymać bójkę.
- Stop! Przestańcie! - wrzasnęłam, choć wiedziałam, że mnie nie usłuchają. Po krótkim czasie walki Otton zdobył przewagę i powaliwszy Matta na ziemię usiadł na jego klatce piersiowej okrakiem i zaczął serwować mu uderzenia w policzki i skronie. Głośne stęknięcia i ręce szarpiące za ramiona Ottona potwierdzały jednak, że będący pod nim przeciwnik żył.
Nie mogłam już na to patrzeć. Złapałam sojusznika za ręce i ściągnęłam go z ledwo dyszącego przyjaciela.
- Co ty robisz?! - krzyknęłam do Ottona, którego oko posiniało od uderzenia
- Nie zauważyłaś?! Ten sukinsyn rzucił się na mnie! - odpowiedź, którą uzyskałam również była wypowiedziana podniesionym tonem
- Obiecałam mu, że nasze sojusze nie będą się na siebie rzucać! - Otton szeroko otworzył oczy i zacisnął dłonie tak mocno, że zbielały i zaczęły się trząść
- A skąd ja kurwa miałem to wiedzieć?! - wrzasnął. W pewnym momencie Matt rzucił się chłopakowi na plecy i złapał zębami jego odsłoniętą szyję. Doskoczyłam do Otta, który usiłował zrzucić z siebie napastnika, co skutkowało jedynie tym, że mocniej zaciskał szczęki na skórze. Chłopak wył z bólu i wściekłości, a nieustępliwy Matt sprawiał mu jeszcze większy ból. Spod jego odsłoniętych zębów wypłynęła krew. Atakowany przewrócił się na plecy przygwożdżając tym samym do ziemi Matta. Leżący w poszyciu stęknął. Zdobywszy przewagę, mój sojusznik ponownie znalazł się na klatce piersiowej oszalałego. Usłyszałam głośne chrupnięcie. Otto wstał z niego i splunął. Żałosne ciało chłopaka było całe poobijane. Z rozciętej wargi sączyła się krew, tak samo jak ze złamanego nosa. Oczy miał opuchnięte do tego stopnia, że zamieniły się w ledwo widoczne szparki. Wyszczerzył zalane szkarłatną posoką zęby, w których zauważalne były spore braki po silnych ciosach Carlighta.
- Skończyłeś? - zadrwił Matt, gdy jego przeciwnik sięgnął po upuszczone wcześniej ostrze i schował je do pochwy. Dyszał ciężko. Do spoconego czoła przykleiły mu się ciemne kosmyki włosów, a do rany na szyi przycisnął dłoń. Mimo to nie mógł zatamować strumienia, który niedługo mógł znacząco osłabić chłopaka. Omiótł przeciwnika lodowatym spojrzeniem i wykrzywił usta w grymasie złośliwego uśmiechu. Zaraz potem z całej siły kopnął go w bok, aż skulił się przyciskając dłonie do brzucha
- Teraz tak. Spróbuj za nami iść, a pożałujesz. Żyjesz tylko ze względu na Vesper. - Ruszyliśmy w dalszą drogę. Dzięki tej walce zrozumiałam, że pomimo tego, że Otto za wszelką cenę chciał pokazać swoją siłę, wytrwałość i bezduszność, gdzieś w jego wnętrzu krył się mały zalążek dobra, ukryty gdzieś pomiędzy żądzą mordu i marzeniach o wypruwaniu flaków swoich przeciwników. To, że miał litość do mnie, Blue, a teraz nawet i Matta świadczyło o jego dobroci. Pokręciłam głową. Zaszantażował mnie, że jeśli się do niego nie przyłączę, zabije mnie, Blue pozwolił się zabić, a Matta pobił niemal do nieprzytomności. Bronił się. Ale zranił Matta dotkliwiej, niż otrzymał w zamian. Otton był brutalny. Ale... cóż powinnam właściwie o nim myśleć? Westchnęłam. Był jaki był. Mogłam obwiniać i usprawiedliwiać jego poczynania bez końca, ale przecież byliśmy na Igrzyskach. Czegóż innego powinnam się spodziewać po ludziach zamkniętych na arenie by walczyć o przetrwanie? Wyrzuciłam z głowy myśl o nim. To nie Igrzyska definiowały człowieka, a jego poczynania w życiu codziennym. Jaka szkoda, że nie miałam szansy poznać go wcześniej. Może nie miałabym wtedy takich problemów z moją opinią o nim. No cóż, co się stało to się nie odstanie.
Po dwugodzinnym marszu zatrzymaliśmy się. Powoli zapadał zmrok, dlatego postanowiliśmy rozbić obóz, odsuwając się znacznie od ścieżki. Rozłożyliśmy swoje śpiwory na ziemi i podzieliliśmy jedzenie po równo. Posiłek spożyliśmy w milczeniu, a następnie objęłam wartę, siedząc w śpiworze oparta o pień drzewa. Wiedziałam, że pomimo zmęczenia nie zasnę, a chciałam, by zmęczony walką Otton wypoczął i zdobył siłę na następny dzień. Bałam się przyznać sama przed sobą, że chodziło również o mój lęk przed nim. W dłoniach trzymałam nóż. Wodziłam palcami wzdłuż jego klingi, dotykałam ostrza i rękojeści. Metal był zimny w dotyku i lekko chropowaty, jednak jego ciężar uspokajał mnie na swój dziwny sposób. Oddychałam głęboko wpatrując się w widoczne za drzewami wysokie wieżowce. Szklane budynki były pozostałością po stworzoną na potrzeby Igrzysk Dzielnicą Zachodnią. A więc zmierzamy w kierunku domu, pomyślałam. Zaczęłam przypominać sobie twarze mamy, siostry i Cassidy. Wszystkie trzy były niezwykle odległe i spoglądałam na nie jak przez mgłę. Przypomniała mi się ostatnia rozmowa z rodzicielką, tuż przed tym jak pojechaliśmy do centrum szkoleniowego. Siedziała rozparta w fotelu, dumna, że jej dziecko ma szansę "zdobycia sławy" i "przyniesienia chwały rodzinie". Załkałam, więc aby zdusić w sobie ból i płacz, przygryzłam swoją dłoń. Łzy spływały smętnie po moich zapadniętych policzkach. Wycierając je bezwiednie dotknęłam niewidzącego oka. Przyzwyczaiłam się do jego wadliwości i przestałam się nawet tym przejmować, zachowywałam się tak, jakby nie działało od zawsze.
Coś zapiszczało. Ujrzałam biały spadochronik spadający z nieba kilkadziesiąt metrów obok nas. Prezent od sponsorów? Zwlokłam się z ziemi i podeszłam do metalowego kwadratowego pakunku. Otwarłam go. W środku znajdował się talerz z pieczonym kurczakiem, a pod nim złożona na cztery części mała karteczka. Sięgnęłam po nią i rozłożyłam ją.

Kapitolińczycy właśnie zdali sobie sprawę, że trybuci umierają naprawdę.
 Właśnie starają się zrobić wszystko, by uratować ocalałych z areny. W samą porę, zobaczymy co z tego wyniknie.
  Katniss.

wtorek, 28 kwietnia 2015

XV

W tamtym momencie nie byłam w stanie zrobić nic innego, jak rzucić się w objęcia Ottona i wyszlochać się za wszystkie czasy, kiedy przybierałam maskę twardej zawodniczki, niepoddającej się mimo poważnie uszkodzonego oka i wielokrotnego znoszenia bólu. Wiedziałam, że chłopak był zaskoczony moją nagłą reakcją, jednak pozwolił mi ukoić ból w swoim ramieniu, nieśmiało dotykając moich pleców.
- Wybacz, Vesper. To był jej wybór - szepnął z twarzą ukrytą w moich włosach. Pokiwałam głową, wciąż nie mogąc powstrzymać toczących się po moich policzkach łez. Po chwili wyczułam napięcie w jego mięśniach, dlatego też zrozumiałam, że powinnam zwolnić uścisk i odejść krok w tył. 
- Rozumiem to - odparłam siadając na trawie. Różowe kwiaty przybrały barwę szkarłatu w miejscu, gdzie padło martwe ciało Blue - ilu właściwie nas zostało? - zapytałam, a chłopak opadł na ziemię obok mnie.
- Niech no pomyślę... my, Hadria, Matthew i Beatryce? Chyba to wszyscy - zastanowił się wyliczając wszystkich na palcach rąk, a raczej ręki. J e d n e j  ręki. Została nas garstka, wszyscy ginęli w zastraszającym tempie, a ja nie mogłam być pewna jak długo zdołam utrzymać jeszcze sojusz z Ottonem. Szczerze powiedziawszy, nie chciałam, żeby to on był poza mną ostatnim ocalałym. Czy powinnam odejść? Zdecydowanie tak. W tamtej chwili nie byłam jednak na to gotowa. Co będzie to będzie, pomyślałam i wstałam otrzepując tył spodni.
- Myślisz, że uda nam się jakoś z zaskoczenia wyeliminować pozostałych? Czy pozwolimy im się pozabijać nawzajem? - spojrzał na mnie nieprzeniknionym wzrokiem i rozłożył się na ziemi
- Obawiam się, że równie prawdopodobne jest, że inni myślą to samo o nas - odparł spokojnie - chociaż właściwie nie jest powiedziane, że wiedzą o naszym sojuszu. Myślę, że jakby się zastanowić, można łatwo odgadnąć ich taktykę i zaatakować. O ile wiesz, gdzie ich spotkamy - mówił do rzeczy, to fakt. Jednak zapomniał, że pozwalając umrzeć Blue, która wpadła na swojej drodze i na Kocicę i  na Matthewa pozbawił nas szansy dowiedzenia się o miejscach, w których rezydowali - Hadria jest w którejś tam części kotem, a jak wiemy koty chodzą własnymi ścieżkami. Tym tropem możemy dojść do tego, że działa sama - rzekł marszcząc przy tym brwi. Podrapał się po podbródku i zabawnie wykrzywił usta
- Matthew podobno oszalał, więc raczej też będzie się trzymał od wszystkich z daleka, prawda? 
- Niekoniecznie. Równie dobrze mógł zawrzeć sojusz z Beatryce i zaplanować morderstwo, kiedy tylko ona będzie najmniej się tego spodziewać
Rany, potrafił nieźle odgadnąć ludzkie zamiary. Spokojne, psychologiczne zagrania. Pewnie swoje ofiary również omotywał tak, by działały instynktownie i kierowały się adrenaliną. A skoro o tym mowa...
- Ilu ludzi zabiłeś na arenie? - dosięgło mnie lodowate i rażące niczym słońce spojrzenie stalowych oczu
- Naprawdę? Naprawdę cię to interesuje? Mogłaś zapytać o wszystko - o pogodę, rozmiar buta, czy dobrze bawię się na Igrzyskach, czy nie denerwuje mnie brak toalet na arenie, a ty chcesz się dowiedzieć ile morderstw popełniłem w ciągu ostatnich trzech tygodni? - ton równie zimny jak sopel lodu i równie ostry jak brzytwa. Zrobiło mi się głupio, jednak nieśmiało pokiwałam głową. Otton westchnął z irytacją
- Pięciu. Czy teraz czujesz się usatysfakcjonowana? - nie czekając na odpowiedź wstał i odszedł kilka kroków
- Nie chciałam cię urazić, naprawdę - spojrzał na mnie, jednak tym razem z pewną skruchą
- Nie chodzi mi o urazę. Po prostu czuję wstyd i zażenowanie i wiem, że twarze tych ludzi będą mi się długo śnić po nocach. Zakładając, że przetrwam Igrzyska. Jeśli nie, a o ile istnieje  c o ś  po śmierci, to i tam oni będą mnie prześladować. Tego jedynie jestem pewien.
Przykra wizja. Miałam na sumieniu zaledwie jedno ludzkie życie, w dodatku zabiłam w obronie własnej, a sama czułam się z tym okropnie.
- A gdybym się nie zgodziła na sojusz z tobą...
- Czy bym cię zabił? - dokończył za mnie i uśmiechnął się półgębkiem - bez wahania
Mina mi nie zrzedła. Wiedziałam, że taką odpowiedź mogę uzyskać i nie winiłam go za udzielenie jej - ruszajmy. Wkrótce przestanie tu być bezpiecznie, a ja nie chcę nas narażać na nieprzyjemności ze strony innych trybutów czy organizatorów Igrzysk
- Dokąd więc się udamy? - zapytałam próbując dostrzec cokolwiek ponad koronami drzew.
- Byłem w mieście, gdy budynki nagle zaczęły popadać w ruinę. Udało mi się uciec i kiedy znalazłem się w bezpiecznej odległości od upadających gmachów chciałem się porozglądać i poszukać ewentualnego schronienia, na wypadek, gdyby w lesie zrobiło się niebezpiecznie. Zobaczyłem, że nie całe miasto się zniszczyło, zachowało się kilka wieżowców. Myślę, że to może być dobre miejsce na kryjówkę
Być może, właśnie. Niczego nie mogliśmy być przecież pewni. Po krótkich, lecz dokładnych przygotowaniach zebraliśmy wszystkie swoje rzeczy i ruszyliśmy przed siebie, chcąc dostać się do wspomnianych przez Ottona biurowców. Postanowiliśmy przejść na około,  przez las, wiedząc, że ta droga jest bezpieczniejsza, niż przedzieranie się gruzowiskiem w upalny dzień.
- Vesper, stój - Otton zatrzymał mnie ręką, na co ja spojrzałam na niego pytająco. Chłopak przykucnął i wskazał palcem krzaki, wyciągając nóż z pochwy najciszej jak tylko umiał. Idąc jego śladem również przycupnęłam na ziemi i jedynie głowę wyciągnęłam najmocniej jak umiałam, by zobaczyć co sprawiło, że postanowił się skradać.
Zamarłam.
Bełkotliwy, lecz dziwnie znajomy głos wywołał na mojej skórze gęsią skórkę. Nerwowy chichot postaci i jej nagłe głośne sapnięcia przypominały zachowanie osoby chorej na umyśle. Tak samo cała sylwetka tego kogoś. Stał tyłem do nas, zgarbiony, kręcił się w lewo i w prawo, ręce trzymając przykurczone przy klatce piersiowej. Kręcone włosy opadające niemalże na nagie łopatki mężczyzny były skołtunione i przetłuszczone, a plecy brudne, poranione i spocone. Postać miała na sobie jedynie spodnie - a raczej ich nędzne strzępy. Śmiech nie ustawał, a mnie denerwował mój brak umiejętności przyporządkowania głosu do osoby, do której należał. W końcu jednak chłopak odwrócił się do nas. Szaleńcze oczy miał wytrzeszczone i patrzące jakby daleko przed siebie. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Pisnęłam krótko, co wystarczyło, by zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Otton rzucił mi długie karcące spojrzenie, a ja nie przejmując się nim wstałam z miejsca.

wtorek, 3 czerwca 2014

XIV

To było pewne, że kapitolińscy farmaceuci dodali czegoś szczególnego do naszych lekarstw - po kilku godzinach moja rana wydawała się wyglądać lepiej, niż wcześniej, choć wciąż chodziłam z wielkim trudem, a noga dalej bolała. Nie byłam jednak w stanie narzekać na brak poprawy. Czysta i z wielką ulgą usiadłam na trawie razem z Blue. Tymczasem Otton przyszedł z całym naręczem martwych królików, które musiały dać się złapać we wnyki.
- Założę się, że jesteście głodne - rzekł kładąc zwierzęta na ziemi. Z ciekawością przyglądałam się, jak jego długie palce, utytłane z krwi ze zręcznością odplątywały zwierzęta z metalowych linek, a następnie z pomocą noża zdzierały skórę, obnażając mięso gryzoni. - mylę się? - dodał unosząc brew ku górze. Chłopak nie należał do grona osób, które tolerowały bycie ignorowanymi. Pokiwałam głową zgodnie z prawdą. Przez chwilę wszyscy milczeliśmy, jakby przerwana cisza miała sprowadzić na nas klęskę.
- Jak myślicie, ile już tutaj jesteśmy? - błękitnowłosa odezwała się nagle, wywołując w nas zaskoczenie pytaniem. Otton oderwał się od wykonywanej wcześniej czynności i spojrzał na nią długim, spokojnym spojrzeniem. 
- Nie jestem pewien, ale chyba niedługo miną trzy tygodnie - odparł gorzko i wrócił do uprzednio wykonywanej czynności. Blue westchnęła głośno i zakryła twarz dłońmi. Nie trzeba było być specjalnie inteligentnym, żeby wiedzieć o czym myślała w tamtej chwili - o Angeli. Jej ukochanej, najwspanialszej Angeli, którą straciła wiele dni temu. Znając odpowiedź, spytałam się jej jednak co wspomina.
Przez moment w jej błękitnych oczach widziałam płomień miłości, który zgasł, niczym pojedyncza świeczka, zastąpiona przez smutek, żal, gorycz. Cierpienie. Tym jedynym słowem byłam w stanie nazwać całe jej jestestwo w tamtej chwili. 
- Vesper... Wiem, że się nie zgodzisz, ale proszę, pozwól mi umrzeć - wiedziałam, że każda próba odmowy będzie wiązała się z naleganiem dziewczyny. Nie było sensu sprzeczać się z osobą, która straciła sens swojego życia, jednak ta osoba była dla mnie oparciem w najgorszych, najcięższych chwilach. Byłam świadoma, że śmierć tylko ukoi jej ból, jednak bałam się, że tak szybko poprosi ponownie o śmierć. 
Otton westchnął przeciągle i otarł o czarną koszulkę splamiony krwią nóż, podchodząc do błękitnowłosej dziewczyny. Wstałam, wiedząc, co zaraz może się stać.
- Otto, nie. Proszę! - złapałam go za ramiona, stawiając opór, gdy próbował obejść mnie. 
- Nie widzisz, że ona sama tego chce? Wolisz, żeby zabiła ją Hadria?! - brązowowłosy krzyczał, próbując uciszyć mój protest. Nie dawałam jednak za wygraną. Wbijałam paznokcie w skórę chłopaka, raniąc go. Spod moich palców powoli ciekły strużki ciepłej, szkarłatnej posoki. 
- Nie! Ona tylko tak mówi! Ona nie chce zginąć! - wrzeszczałam, pragnąc w jakiś sposób uchronić ją przed czymś, czego sama pragnęła. Blue dotknęła szczupłą, bladą dłonią mojego ramienia.
- Vesper, proszę. Nie utrudniaj tego - głos miała zdeterminowany, ale spokojny. Opuściłam dłonie i odeszłam w geście pojednania. Ciemnowłosy w tym czasie podał jej ostrze i dał jej przestrzeń, by mogła uczynić swoją powinność. - dziękuję - szepnęła z lekkim uśmiechem na ustach i nim zdążyłam cokolwiek zrobić, widziałam jak klinga noża z niemiłym dźwiękiem została wbita w brzuch trybutki. 
Wybuch armatni. Ten odgłos zmusił mnie do spojrzenia na twarz dziewczyny - bladej, pustej, bez żadnych emocji. Martwej. Po jej wardze i brodzie ciekł potok świeżej krwi, a oczy wpatrywały się pusto w niebo. Z moich oczy natychmiast poleciały ciurkiem słone łzy smutku i goryczy. Pomimo wcześniejszego udawania twardej, trudnej zawodniczki - zmiękłam, klęcząc przy ciele, które wcześniej należało do mojej kompanki, sojuszniczki, przyjaciółki. Rozpłakałam się na dobre, gdy palcem środkowym i wskazującym delikatnie zamknęłam oczy Blue.
- Mam nadzieję, że po drugiej stronie będzie ci lepiej, niż tutaj. Spoczywaj w pokoju, Blue - Otton pomimo spokoju wyglądał na poruszonego w tamtej chwili. Mięśnie jego ramion były napięte, a po skórze pełzła mu gęsia skórka. Odeszłam od dziewczyny w chwili, gdy nadleciał srebrny poduszkowiec, mający zabrać jej martwe ciało z areny. 

środa, 28 sierpnia 2013

XIII

Płomienie zatańczyły na podpalonym drewnie, ocieplając nasze ciała. Popatrzyłam z zachwytem na twarz Ottona, rozjaśnioną złotym blaskiem ognia. Cienie niesamowicie kontrastowały ze skórą zabarwioną na złoto, tańcząc szalenie. W jego stalowych tęczówkach odbijały się pomarańczowe płomienie ognia. Chłopak rzucił mi zdziwione spojrzenie.
-Khm... Vesper... Gapisz się na mnie. - W jego głosie kryła się konsternacja.
-Wybacz - bąknęłam i usiadłam po turecku, drżąc lekko.
-Zimno ci? - zapytał, a ja energicznie pokręciłam głową. Otton popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, w którym kryło się coś jeszcze, czego nie potrafiłam określić. Wzruszył ramionami.- Co jest z twoim okiem?- wypalił po chwili milczenia.
-Kiedy waliły się budynki, szklany odłamek wpadł mi do oka - powiedziałam tonem całkowicie wypranym z emocji.
-Musiało boleć - odparł, opierając łokcie o kolana.
-Ta. Płakałam niemal z bólu.
-Cóż. Żadne z nas najwyraźniej nie spodziewało się, że naprawdę będą chcieli nam zrobić krzywdę w trakcie tych Igrzysk. - Zaśmiałam się gorzko.
-Tobie nic nie jest, Ottonie. - Chłopak milczał przez chwilę.
-Mam spaczoną psychikę. Nie jesteś świadoma tego, ile osób zabiłem tymi rękami - rzekł i uniósł dłonie do góry.
-Na treningach wyglądałeś, jakby śmierć i zabójstwa były dla ciebie normą. - Przeszyło mnie zimne spojrzenie jego zimnych, jak lód i szarych, niczym sztormowe niebo oczu.
-Normą?! Ty wiesz o czym ty mówisz, Vesper? - Chłopak był nie tylko poirytowany, ale i wyczułam w jego słowach nutę niedowierzania. Nachyliłam się nad nim lekko.
-Skąd miałam wiedzieć? - wycedziłam przez zęby. - Przecież nic nie chcesz o sobie powiedzieć! Jesteś dla mnie jedną wielką niewiadomą!
-I nic dziwnego! Niechętnie mówię o przeszłości. - Na końcu jego ton złagodniał. Przyjrzałam mi się badawczo.
-Bo?
-Później ci opowiem. Teraz śpij, ja popilnuję. - położyłam się przy ognisku i przez chwilę patrzyłam  się w oczy chłopaka, następnie wyciągając z pochwy nóż, który ułożyłam u swego boku- na wszelki wypadek.
-Dobranoc - rzekłam cicho.
-Dobranoc - odparł, ponownie utkwiwszy wzrok w złotych, strzelających cicho płomieniach ognia. Słysząc jego odpowiedź przymknęłam powieki, zabarwione przez światło na kolor czerwieni i zasnęłam na długie godziny.
***
Stanęłam na wielkiej polanie. Silny wiatr rozwiewał moje ciemne włosy i wysokie, soczyście zielone trawy, które łaskotały moje bose stopy i kostki. Czerwona sukienka, którą miała na sobie załopotała pod wpływem podmuchu wiatru, a ja rozpoznałam w niej swoją kreację dożynkową.
Popatrzyłam na krajobraz wokół mnie. Łąka rozciągała się dookoła, otoczona przez odległy las liściasty. Po błękitnym niebie zaś sunęły białe, lekkie obłoki. Stałam na środku łąki, podziwiając majestatyczne widoki. Westchnęłam głęboko, wdychając pełną piersią świeże, rześkie powietrze i przysiadłam na trawie, zamykając przy tym oczy.
-Vesper. Już prawie koniec. - Usłyszałam nad sobą miękki kobiecy głos, a później czyjaś delikatna dłoń subtelnie pogładziła mnie po głowie.
-Boję się, że zawiodę - szepnęłam i rozwarłam powieki. Ujrzałam nad sobą piękną kobietę o długich złocistych włosach, przytrzymywanych przez wieniec śnieżnobiałych lilii. Karnacja kobiety była różana, przez co cała jej sylwetka niemal jaśniała w blasku swojej chwały. Rusałka uśmiechnęła się serdecznie, ale z nutą tajemniczości.
-Nie zawiedziesz, moje dziecko, nie zawiedziesz - szepnęła i nim zniknęła - złożyła na moim czole pocałunek.
Moje serce napełniło się wiarą i nadzieją, ale i trwogą, że słowa nieznajomej nie sprawdzą się.
***
Zamrugałam i wstając z ziemi przetarłam zaspane jeszcze oczy. Niebo dopiero rozjaśniało się blaskiem słońca i przybrało czerwono - złotą barwę. Drzewa uśpione jeszcze były pod kurtyną mroku, a z naszego wczorajszego ogniska tliły się nadpalone i w połowie spopielałe polana. Otton zaś spał do przeciwnej stronie ogniska. Na jego twarzy malowała się błogość, a jego sylwetka stwarzała pozory kogoś nieszkodliwego, kto nie skrzywdziłby nawet muchy.
Ziewnęłam przeciągle i wstałam, by rozprostować kości. Po chwili usłyszałam głośne westchnięcie, więc  popatrzyłam na Ottona, który wpatrywał się we mnie swoim stalowym spojrzeniem z nieprzeniknioną miną.
-Chyba zasnąłeś wartując - odezwałam się, a on pokiwał głową.
-Raczej nie chyba - mruknął i przetarł oczy. Po krótkiej chwili leżenia na plecach, chłopak wstał i otrzepał się z ziemi i igieł, które przyczepiły się do jego ubrania. - Zgaduję, że tak samo jak ja, bardzo chcesz się wykąpać.
Pokiwałam głową. Trybut zarzucił sobie plecak na plecy i schował do pochwy swoją broń. Uczyniłam to samo, a potem ruszyłam za nim, do miejsca, w którym miałam nadzieję znaleźć jezioro.
***
Po półgodzinnym marszu przez las, a właściwie po półgodzinnym przedzieraniu się przez gęstwinę, wyszliśmy na małą polanę, na której rosły dziwne fioletowo- czarne kwiaty. Zobaczyliśmy mały stawik otoczony przez pałki wodne. Westchnęłam z radości i już zrzucałam broń na ziemię, kiedy Otton mnie zatrzymał ręką.
-Nie - rzekł krótko. - Obserwuj kwiaty.
Popatrzyłam na niego, jak na idiotę.
-Patrz - rzucił poirytowany. - Zmieniają barwy od stanu wody. - Popatrzyłam na kwiaty. - Teraz są fioletowo - czarne, co znaczy, że woda jest skażona i wypali ci skórę.
-A niby skąd ty to wiesz?! - zbuntowałam się.
-Bo przez cholerne trzy dni obserwowałem polanę - wycedził. Milczałam, zastanawiając się chwilę.
-Kontynuuj - mruknęłam. Chłopak posłał mi lekki półuśmiech. 
-Niedługo powinny uschnąć, co znaczy, że woda całkowicie wyschnie na kilka godzin. - Jak powiedział, tak też się stało. Kwiaty w mgnieniu oka oklapły i wysuszyły się, barwiąc na brąz. Po chwili i jezioro wyschło, jakby ktoś wyciągnął kurek z dna. Patrzyłam się na tamtą scenę z niedowierzaniem. - Za kilka godzin kwiaty będą różowe, a woda idealna do kąpieli i spożycia - zakończył i zsunął plecak z ramienia. - Tymczasem możemy na coś zapolować - mruknął jeszcze, a kilka minut później zajął się zakładaniem wnyk. Ja w tym czasie postanowiłam rozejrzeć się w pobliżu za królikami, które rzekomo kręciły się wokół.
Szłam ostrożnie, rozglądając się wokół. Skradając się nie wydawałam najmniejszego hałasu, więc mój słuch w małym stopniu  wyostrzył się na najcichsze dźwięki. Po długim bezsensownym szukaniu gryzoni, usłyszałam za sobą łamiącą się gałązkę. Głośno wciągnęłam powietrze i mocniej złapałam topór w dłoni.
Za mną zawibrowało powietrze i poczułam ciepły oddech na karku. Nim zwierzę stojące za mną zdążyło zaatakować, ja rzuciłam się do ucieczki. Krew zmroziła mi się w żyłach, gdy potwór za mną wydał okropny dźwięk przypominający szczekanie, ale dużo donośniejsze i bardziej przerażające. Rzuciłam krótkie spojrzenie przez ramię i niemal zamarłam widząc za sobą postać zmutowanego wilka o żółtozłotych ślepiach przepełnionych wściekłością. 
Jego czarne źrenice zwęziły się do granic możliwości i przypominały wtedy jedynie czarne kropki atramentu. Bestia szczerzyła wielkie zęby, a z jego pyska toczyła się piana. Gigantyczne łapy wilka wybijały równy rytm, a z jego gardła wciąż wydobywało się szczekanie. Zwierzę przewyższało mnie wzrostem, a jego ciemnobrązowe futro było najeżone.
Zagapiłam się i potknęłam o wystający korzeń, a następnie przekoziołkowałam i kilka metrów dalej  rypnęłam na plecy z głuchym łoskotem. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, zamykając przy tym oczy. Otwarłam je jednak szybko i złapałam w dłonie topór, czekając na atak bestii, który nastąpił zaraz potem. Wilk wyskoczył z krzaków i z siłą imadła zacisnął szczęki na mojej kostce. Zawyłam z bólu, gdy zmiech zaczął mnie za nią ciągnąć i tarmosić. 
Pomimo okropnego bólu zaczęłam wyrywać nogę z paszczy zwierzęcia. Gdy zacisk minimalnie się rozluźnił, ja przyłożyłam mu w głowę wolną nogą, chcąc zmiażdżyć mu czaszkę ciężką podeszwą buta.
Jak na zawołanie zwierz puścił moją kończynę z głośnym skowytem, a ja pomimo silnego bólu i krwi sączącej się z rany szarpanej, rzuciłam się na wilka z toporem. Z impetem uderzyłam go trzonkiem siekiery w szczękę, która odskoczyła z chrzęstem do góry. Wilk piszczał w agonii, a ja zatopiłam ostrze aż po nasadę w jego karku.
Dyszałam głośno.
-Trafiłeś na złą osobę, bestio - wydukałam, wycierając zakrwawione ostrze o futro potwora. - Ciekawe, czy przynajmniej dobrze smakujesz - mruknęłam i nożem, który wyjęłam chwilę później z pochwy rozcięłam brzuch trupa.
-Vesper! - Usłyszałam za sobą znajomy głos. Wstałam błyskawicznie i popatrzyłam na zmasakrowaną twarz Blue.
-Blue! - Mój głos przesycony był ulgą. Dokuśtykałam do dziewczyny. Objęłam ją lekko, lecz mimo mojej delikatności, błękitnowłosa zasyczała z bólu. Odsunęłam się od niej i zobaczyłam, że jej twarz jest nie tylko posiniaczona, jej warga rozcięta, ale przez całą długość twarzy przechodziły długie ślady pięciu pazurów. Jej ręce były również poranione i posiniaczone, a jej włosy pokryte były szarym kurzem.
-Co ci się stało? - spytałam zaniepokojona.
-Kiedy rozdzieliłyśmy się w mieście, zostałam przysypana przez gruz. Później starłam się z Matthewem. On oszalał, Vesper! Chciał mnie zabić, ale uciekłam. Wczoraj jednak przeżyłam bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Hadrią i... - popatrzyła na siebie. - Ja... Vesper, ja już nie mam siły, ja chcę umrzeć. - Dziewczyna niemal płakała, błagając mnie o śmierć. Pokręciłam głową, a z jej gardła wydobył się jęk.
-Mamy apteczkę, Blue. Opatrzymy twoje rany i wrócisz do formy - zapewniłam ją, jednak trybutka protestowała kręcąc głową.
-Pozwól mi umrzeć, Ves! Zasłużyłam na śmierć!- błagała, kurczowo trzymając mnie za ręce. Po chwili zabrała mi nóż i wycelowała nim sobie ostrzem w brzuch, szykując się do śmiercionośnego pchnięcia. - Muszę wrócić do Angeli. Potrzebuję jej! - jej głos stał się płaczliwy i przepełniony rozpaczą nad stratą ukochanej.
-Zaraz, co ty wyprawiasz?! - krzyknęłam zirytowana jej dziecinnym desperackim zachowaniem, a potem wyrwałam ostrze z dłoni dziewczyny, ale dopiero po krótkiej szarpaninie, pełnej głośnych protestów i krzyków Blue. - Będziesz żyć! Jasne?! - warknęłam, przykładając swoje czoło do jej. Lekko pokiwała głową.
***
Wróciłyśmy na polanę, która zalana była słońcem, którego promienie przechodziły przez korony drzew i rzucały na ziemię abstrakcyjne nasłonecznione plamy i odbijały się od nieprzeniknionej tafli jeziora koloru indygo. Smukłe płatki dziwnych kwiatów zabarwiły się na jasny róż, a drzewa szumiały lekko. Niebo błękitniało, a trawa powiewała delikatnie. Na środku łączki leżał Otton, wygrzewając się w blasku słońca, który sprawiał, że jego jasna skóra jeszcze bardziej jaśniała, a jego brązowe włosy przybrały niesamowitą złotą szatę. Wydawało mi się to aż niesamowite, że chłopak po tylu dniach spędzonych na arenie wygląda wciąż dobrze, choć może jego surowa uroda przyćmiewała wszystkie wady, które zdawały się nie istnieć.
Skarciłam się w myślach za takie myśli i dopiero teraz zauważyłam, że pod oczami chłopaka widnieją głębokie cienie, a twarz upstrzona jest krwią zmieszaną z błotem. Ręce chłopaka pokryte były śladami zadrapań i licznymi ranami, a koszulka rozpruta przy kołnierzu. 
-No w końcu! Ileż można czekać, aż wrócisz z głupimi króli... - chłopak urwał w pół słowa, widząc sylwetki poranionych i potłuczonych dziewcząt, pobladłych z bólu i przerażenia - naszych sylwetek. - Co jest? - zapytał patrząc na moją nogę.
-Zmiech mnie zaatakował - rzuciłam lakonicznie. - Ona bardziej potrzebuje pomocy. To moja sojuszniczka. - Otton popatrzył się na mnie z gniewem i niedowierzaniem.
-Przecież to  j a  jestem twoim sojusznikiem! - warknął.
-Ona była przed tobą. Wyciągnij apteczkę - mruknęłam, siadając razem z Blue na ziemi.
-Obiecuję, że po wyleczeniu zniknę - powiedziała z trudem. Otton przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń, po czym wyciągnął apteczkę z plecaka.
-Dziękuję - rzekłam z nieukrywaną wdzięcznością.

środa, 21 sierpnia 2013

XII

Temperatura wciąż rosła, kiedy ja uparcie parłam naprzód. Nie wiedziałam, dokąd się kierować, a me podniebienie suszyło pragnienie. Zaginiony plecak, cóż za strata!,zaczęłam gderać w myślach, chcąc skarcić siebie za taką nieuwagę. Dodatkowo nie pomagał mi fakt o niesprawności mojego oka.
Po pewnym czasie błądzenia bez celu po ruinach "Kapitolu", postanowiłam położyć się na jednym z rozgrzanych betonowych odłamków, który kiedyś służył jako ściana budynku i przymknęłam oczy, choć na chwilę starając się odetchnąć od Igrzysk. Byłam jednak na tyle nieostrożna, że zasnęłam, pozostając na widoku.
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Znajdowałam się na wysokim klifie, o którego kamienne ściany rozbijały się błękitne fale wzburzonego morza. Do nozdrzy napływał mi świeży i lekki zapach bryzy, a do uszu dobiegał szum wody. Wstałam powoli, z ulgą odkrywając, że moje oko działa, jak powinno, a wszystkie drobniejsze i te poważniejsze rany na moim ciele zniknęły. Krzyknęłam z radości i zatańczyłam krótki i dziki taniec, który polegał na energicznym przytupywaniu, podskakiwaniu i gęstych piruetach. Uśmiechałam się. Po tylu dniach spędzonych na arenie- w końcu się uśmiechałam. Popatrzyłam na siebie, zaskoczona faktem, że nie byłam ubrana w strój z areny. Czyżbym uciekła? A może ktoś mnie stamtąd wyniósł?, pomyślałam, rozglądając się gorączkowo. Za mną znajdował się gęsty las, w którym miałam nadzieję uzyskać informację o swoim położeniu. Nim jednak ruszyłam w drogę- popatrzyłam się niżej, szukając plaży. Udało mi się takową wypatrzeć- znajdywały się na niej rzędy brudnych slumsów zbudowanych z przerdzewiałej blachy falistej i plastikowych części. Na dachach chat i na ich prowizorycznych werandach walały się świeże i zeschnięte glony oraz szkielety do połowy niedojedzonych ryb.
Wzdrygnęłam się, czując odór odchodów, które najwyraźniej leżały gdzieś w pobliżu faweli. Wyraźnie widziałam, jak przechodzący tamtędy wcześniej chłopiec w podartych, szmacianych butach zatrzymał się, ściągnął spodnie i załatwił się tuż przed wejściem do jednego z mieszkań. W drzwiach pojawiła się wysoka kobieta o dość obfitych kształtach i bardzo szerokich biodrach. Śniadoskóra pani domu miała długi czarny warkocz zarzucony na jedno ramię, a na jej młodej twarzy malowało się zdumienie zmieszane z gniewem. Krzyknęła coś w niezrozumiałym dla mnie języku, a później skoczyła do domu, z którego wybiegła, trzymając w ręku prowizoryczną maczugę- stary kij baseball'owy nadziany zardzewiałymi gwoździami. Chłopiec z przerażeniem popatrzył na kobietę. Ta zaś wykorzystała chwilę wahania chłopca i z całej siły przyłożyła mu maczugą w brodę. Głowa chłopaka odskoczyła do tyłu. Usłyszałam głuche stęknięcie chłopca i odgłos miażdżonych kości, gdy krew młodzieńca zalała blachę falistą i twarz sadystki.
Pisnęłam cicho. Chciałam stamtąd uciec, choć czułam, że coś przytrzymuje mnie i każe patrzeć na scenę brutalnej egzekucji na chłopcu, który nie wiedział, co dokładnie robił. Morderczyni po raz kolejny walnęła dzieciaka w łeb, zalewając się przy tym kolejną falą krwi. Z jej gardła wydobył się dziki, prawie nieludzki dźwięk, mający oznaczać pewnie gniew.
W końcu zerwałam się z miejsca. Potykając się o wystające korzenie i własne nogi popędziłam przez las, chcąc uciec od koszmaru, który widziałam kilka minut wcześniej. Po moich policzkach spływały łzy. Byłam przerażona i nie wiedziałam, co mam robić.
-Ej, ty!- usłyszałam za sobą głos chrapliwy i ewidentnie mało przyjazny.- Stój! Stój! Nie idź tam!- Zatrzymałam się jedynie na moment- aby zobaczyć, czy ten ktoś za mną biegnie. -Nie słyszałaś?! Zatrzymaj się! Zatrzymaj się, suko! Psiakrew!- Męski głos za mną nie używał wyrafinowanych słów, co dodawało całej scenie dodatkowej grozy, tym bardziej, że las był gęsty i nieprzenikniony. Zatrzymałam się i zaszyłam pomiędzy niskimi gałęziami drzew rosnących nieopodal ścieżki, po której tak szybko gnałam przez ostatnią godzinę. Nie musiałam długo czekać, kiedy na drodze pojawił się umięśniony, około czterdziestoletni mężczyzna o krótkich, siwych włosach. Facet był ubrany w przetarte jeansy i flanelową koszulę, na którą zarzucił grubą skórzaną kurtkę. W obu jego wielkiej łapie spoczywał czekan, niezwykle ostro zakończony. Wylądował on po chwili na ziemi, kilka metrów ode mnie.
Siwowłosy rozejrzał się uważnie, a następnie odszedł parę metrów, zajmując się sobą, a raczej swoim telefonem.
-Uciekła. Nie martw się, Jack. Dorwiemy ją następnym razem. Ta mała żmija już się nam nie wymknie.- mruknął do słuchawki, skupiwszy się później na rozmowie. Ja w tym czasie niemal bezszelestnie podeszłam do upuszczonej przez niego broni i zaszłam go od tyłu, unosząc czekan nad głowę. Wzięłam zamach i z głośnym stęknięciem wbiłam narzędzie w plecy faceta. Z rany trysnęła krew, która zbryzgała mi twarz, a z gardła siwowłosego wydobył się głuchy zdziwiony jęk. Wyciągnęłam broń z jego pleców, a później zamachnęłam się ponownie, zadając mu śmiertelną ranę. Martwe ciało upadło ciężko na ziemię, a ja tępo wpatrywałam się w zwłoki obcego, jednocześnie zastanawiając się co ja właściwie narobiłam. Byłam roztrzęsiona. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że to ja go zabiłam. Kolana drżały mi mocno. Wstydziłam się patrzeć na swoje zakrwawione ręce. Nie wiedziałam, czemu to zrobiłam- przecież nawet mi nie groził bronią. Bałam się. Cholernie się bałam.
Klapnęłam na ziemię tuż obok martwego ciała.
-Wybacz mi, nie wiedziałam co robię.- przemówiłam do niego, skuliwszy nogi pod brodą. Tkwiłam w tej pozycji dopóki dopóty nie poczułam mocnego uderzenia w skroń. Wtedy ujrzałam mroczki przed oczami i straciłam przytomność.
Z sercem dudniącym o klatkę piersiową otwarłam oczy, niemal ciesząc się, że ponownie jestem na arenie Igrzysk. Popatrzyłam na ruiny Kapitolu i odetchnęłam z ulgą. Jeszcze nigdy nie czułam się taka szczęśliwa z pobytu na arenie, jak w tamtym momencie. Powoli wstałam z kamienia, na którym zasnęłam i otrzepałam tyłek z kurzu.
-W końcu wstałaś, śpiąca królewno.- Usłyszałam kpiący, dobrze znany mi głos. Odwróciłam się i ujrzałam Beatryce, która stała z rękami skrzyżowanymi na piersi i ze swoim firmowym kpiącym uśmiechem na ustach. Wysoki kucyk, w którego związane były wcześniej jej różowe włosy rozpadł się, a jej twarz była umorusana z kurzu i błota. Zaraz... błota? Czyli jest tutaj jakieś jezioro?!
Uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie.
-Ciebie też miło widzieć, Beth.- zwróciłam się do niej. Dziewczyna niespodziewanie podeszła do mnie i uścisnęła mnie serdecznie, co zdecydowanie zbiło mnie z partykuły.
-Co u innych? Masz może jakieś wieści?
-Dzisiaj zabiłam Struve'a. Z Blue rozdzieliłam się kilka dni temu. O reszcie nie mam zielonego pojęcia.
Różowowłosa popatrzyła się na mnie badawczo.
-Jak to dzisiaj zabiłaś Struve'a? Przecież on jest martwy od dwóch dni...- Zamilkłam i wytrzeszczyłam oczy. Czyżbym przespała  d w a  dni? Całkiem możliwe, biorąc pod uwagę znużenie, jakie mnie tego dnia dopadło.
-W takim razie ilu nas jest?
-Sześciu. Wczoraj zginął jakiś trybut ze Wschodu, na moich oczach przygniotło go drzewo. Strasznie banalna śmierć. Przynajmniej już się jednak nie męczy.
-A Matthew? Co z nim?- Beatryce uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo i uniosła znacząco brwi, co ja zbyłam machnięciem ręki.
-Och, daj spokój! Co z nim?
-Ma się dobrze. Pewnie kryje się gdzieś w lesie. Otton dosyć długo na niego polował, ale on o dziwo dawał radę go sprytnie omijać.-powiedziała. Odetchnęłam z ulgą.
Beatryce posiedziała przy mnie jeszcze chwilę i podzieliła się ze mną swoimi już i tak lichymi zapasami i sama ruszyła przed siebie, zostawiając mnie znowu samą. O dziwo jednak, dziewczyna nie wspomniała ani słowa na temat Hadrii, choć mnie też niespecjalnie ona interesowała w tamtej chwili. Jedyne, co się wtedy dla mnie liczyło to szybkie napełnienie pustego żołądka.
***
Skończyłam przegryzać ostatni kęs suszonej wołowiny, kiedy postanowiłam przynajmniej w małym stopniu rozejrzeć się po okolicznych lasach. Wstałam z miejsca i szybkim tempem ruszyłam przed siebie, chcąc zaszyć się w zielonej gęstwinie liści drzew i krzaków.
Przykucnęłam, kryjąc się pomiędzy dwoma drzewami o niskich, rozłożystych gałęziach i zlustrowałam teren przede mną. Zauważyłam, że na wprost mnie rozciąga się żwirowana ścieżka, a po drugiej stronie stoi zniszczony pomnik przedstawiający kobietę trzymającą w wyciągniętych ku górze dłoniach małego ptaka, który rozkłada skrzydła, szykując się do lotu. Rzeźba przeżarta była przez kwas i porośnięta mchem, a jedna ręka niewiasty została zdewastowana przez wandali. Trudno uwierzyć, co? W takim idealnym i pięknym mieście, jakim jest Kapitol grasują wandale i często niszczą efekty ciężkiej, ludzkiej pracy.
Mając przed sobą wolną drogę, potruchtałam ścieżką najciszej, jak tylko mogłam, starając się nie zwracać na siebie uwagi żądnych mordu i krwi trybutów. Szło mi całkiem nieźle, do czasu, gdy usłyszałam w krzakach ludzki szept i odgłos kroków. W tempie błyskawicznym skoczyłam w krzaki malin, niczym szczupak i wyglądałam kogoś, kto podobnie jak ja postanowił połazić po lesie w poszukiwaniu czegokolwiek. Nim się zorientowałam, na drodze pojawił się wysoki brunet o czujnych oczach. Nie wydawał się być słabeuszem, dlatego odrzuciłam ideę ataku partyzanckiego i nakazałam sobie pozostać pomiędzy ostrymi kolcami rośliny. Chłopak przez chwilę rozglądał się wokół, wypatrując kogoś, z kim mogło przyjść mu powalczyć, a potem ruszył w kierunku, z którego przyszłam.
Gdy już kroki intruza ucichły, wyczołgałam się na ścieżkę i ostrożnie wstałam z ziemi. Chwyciłam swój topór i gwałtownie się odwróciłam, chcąc sprawdzić, czy mimo wszystko jestem bezpieczna. Moje serce podskoczyło mi do gardła, gdy ujrzałam przed sobą Ottona. Brunet stał z nieprzeniknioną miną i śladami krwi na dłoniach. W lewej ręce chłopak dzierżył nóż o dziwnej, hakowato zakończonej klindze. Moje serce zabiło mi jak młotem. Cofnęłam się o krok.
-Daję ci wybór. Walczysz ze mną, albo przeciwko mnie. W razie wyboru drugiej opcji modliłbym się o wyjątkowo szybkie nogi.- popatrzyłam się na niego zszokowana.
-Nie chcę walczyć z tobą! Wolę już umrzeć.- Otton wzruszył ramionami.
-Masz dwadzieścia sekund na ucieczkę. Raz, dwa, trzy...- chłopak powoli zaczął odliczać, unosząc przy tym nóż w górę. Gdy już doliczył się do sześciu, nagle oprzytomniałam.
-Okej, okej, żartowałam! Chcę zawrzeć z tobą sojusz!- krzyknęłam, machając przy tym rękoma. Trybut zaśmiał się pod nosem.
-Na treningach wydawałaś mi się być bardziej pewna siebie.- zakpił, wpatrując się przy tym w moje oczy. Prychnęłam głośno.
-Na treningach nie wspominali nic o tym, że arena przeistoczy Kapitol w piekło na ziemi.- mruknęłam. Wysoki chłopak podrapał się po brodzie, swój bystry wzrok utkwiwszy w korze drzewa.
-Rzeczywiście, masz rację. Ale nie powiesz, że organizatorzy nie mieli dużej wyobraźni, chorej wyobraźni, skoro nawet mnie udało im się zaskoczyć?
-Uhm.- Otton usiadł na ziemi i zsunął z ramienia czarny plecak, który otworzył. Poczułam słabą woń suszonej wołowiny i krakersów.- Zostajemy tutaj?- zapytałam, a on jedynie pokiwał głową.
-Tu jest w miarę bezpiecznie, możemy nawet rozpalić ogień, tym bardziej, że jest nas teraz dwóch.- Wręczył mi kawałek mięsa i suchara, a następnie rozeszliśmy się na jakiś czas, by poszukać drewna na opał.
Wróciłam z całym naręczem suchych gałęzi, które później stanęły w pięknych, złocisto- czerwonych płomieniach, rozświetlających nasze zmęczone twarze i ocieplających w tamten chłodny wieczór.

niedziela, 11 sierpnia 2013

XI

Zacisnęłam mocniej zęby i powoli odwróciłam się z sercem bębniącym o żebra. Wstając z ziemi chwyciłam również swój topór i stanęłam twarzą w twarz ze Struvem. W oczach chłopaka błąkało się szaleństwo, a na ustach igrał dziwny uśmiech. Struve ściskał w dłoni jedynie kawałek sznurka.
-Witaj, Struve. Dawno się nie widzieliśmy, nieprawdaż?- zapytałam. Zaczęliśmy krążyć wokół siebie, mierząc się wzrokiem.
-Rzeczywiście. Co z twoim okiem?- wycedził z dziwną miną. Odruchowo dotknęłam powieki, przypominając sobie w jakim stanie był mój narząd wzroku tuż po wypadku.
-Nadzwyczajnie dobrze.- odparłam. Wiedziałam, że zaraz nadejdzie chwila, w której jedno z nas polegnie.- Chyba nie przyszedłeś tu na pogawędki, prawda?
-Owszem, przyszedłem tu wygrać Igrzyska.- zaśmiałam się gorzko.
-A co na to Hadria?- zadrwiłam. Chłopak ścisnął mocniej sznurek.
-Umrze. Zaraz po tobie!- wykrzyczał i jednym błyskawicznym ruchem przerzucił mi linę przez szyję, zaciskając ją tak mocno, aż zabrakło mi tchu. Złapałam go za dłonie, starając się wyswobodzić z nacisku sznura. Powietrze powoli przestawało docierać do moich płuc, kiedy przypomniałam sobie słowa Katniss na temat paznokci. Gwałtownie uniosłam rękę i z całej siły uderzyłam chłopaka w policzek, raniąc go przy tym mocno. Struve odskoczył z krzykiem, łapiąc się przy tym za zranioną część twarzy. Nim chłopak zdążył jakkolwiek zareagować, ja chwyciłam za swój topór. Wyważyłam broń w dłoni i rzuciłam nią w długowłosego chłopaka. Ten błyskawicznie się odchylił i siekiera poleciała kilkanaście metrów dalej, z brzękiem lądując na ziemi. Struve podbiegł do mnie, starając się złapać mnie za szyję rękoma. W porę udało mi się wystawić nogę i z całej siły kopnęłam kobiecego chłopca w krocze. Stęknął z bólu. Błyskawicznie zadrapałam mu drugi policzek, który zraniony zaczął obficie krwawić. W czasie, gdy przeciwnik starał się dojść do siebie, ja doskoczyłam do topora i wbiłam go chłopakowi w plecy. Usłyszałam głośny trzask łamanego kręgosłupa, a zaraz po nim nastąpił wybuch armatni. Zabiłam pierwszą osobę na arenie. Dopiero pierwszą.
Ciało chłopaka z łoskotem upadło na ziemię. Wyciągnęłam z jego pleców zakrwawioną siekierę i wytarłam jej ostrze o ubranie chłopaka. Wkrótce przyleciał srebrny poduszkowiec i zabrał ze sobą ciało martwego Struve'a. Chwilę patrzyłam się, jak długie szczypce przytrzymują trupa, a potem odwróciłam się na pięcie i z bronią w ręku ruszyłam przed siebie, krocząc pewnie, lecz ostrożnie.

czwartek, 4 lipca 2013

X

Nie miałam pojęcia jak długo spałam. Nie miałam pojęcia co stało się ubiegłego dnia. W mojej pamięci zachowało się jedynie wspomnienie upadającego budynku i rozpryskującego się na wszystkie strony szkła, lecz nie wiedziałam, o co właściwie chodziło- z resztą nawet nie chciałam. Co potem? Ledwo wczołgałam się po schodach wieżowca, w którym chciałyśmy się ukryć z Blue.
Otwarłam oczy. Tak mi się przynajmniej zdawało, bo widziałam tylko na jedno oko. Spanikowałam. Całe moje ciało wypełniło niemiłe uczucie gorąca. Uniosłam dłoń i pomachałam nią na wysokości oczu, niestety nic nie widząc w prawym narządzie wzroku.
-B- Blue? Blue!- zawołałam łamiącym się głosem. -Blue, nie widzę!
Dziewczyna przybiegła najszybciej, jak tylko mogła. Położyła mi ręce na ramionach i kojącym głosem starała się uspokoić moją rozhisteryzowaną i krzyczącą z przerażenia osobę.
-Co się ze mną dzieje?- zasłoniłam sobie twarz i przetarłam oczy. Poczułam silną falę bólu. Syknęłam.- Co jest?
-Trzy dni temu wbiło ci się szkło. Sponsorzy przysłali nam sprzęt chirurgiczny, abym mogła je usunąć, jednak nie udało się uratować twojego oka. Wiedziałam, że to może się stać i ostrzegałam cię przed tym. Jak widać, moje słowa sprawdziły się.- Blue mówiła beznamiętnym, suchym tonem. Zrozumiałam, że straciłam wzrok w prawym oku.
-Jak to wygląda?- spytałam.
-Co?
-Moje oko! Jest w aż tak złym stanie?- Powoli pokiwała głową. Skinęłam. Chyba wolałam nawet tego nie widzieć.- A jak z innymi trybutami? Czy ktoś umarł?
-Tak. Jeden chłopak z Góry. O ile się nie mylę nazywał się Griffin.
-Griffin?- powtórzyłam. To chłopak z sojuszu Matta, prawda?- Dziewczyna wzruszyła ramionami.
      Milczałyśmy długo. W końcu jednak dokonałyśmy dokładnych oględzin plecaków, kiedy okazało się, że nasze zapasy drastycznie się skurczyły. Niebieskowłosa postanowiła, że zostanę w wieżowcu i przyzwyczaję się do bieżącej sytuacji, jednak ja uparłam się, że pójdę z nią- nie chciałam się użalać nad sobą- musiałam w tempie błyskawicznym nauczyć się żyć ze swoim kalectwem.
***
Nie było mi łatwo, czułam się, jakby ktoś kazał mi biegać bez jednej nogi, jednak postanowiłam, że się nie poddam, dlatego mimo braku wzroku w oku wciąż parłam do przodu i starałam się robić wszystko, żeby tylko przeżyć.
Szłyśmy ulicą, rozglądając się na boki (Blue starała się też mnie osłaniać z tyłu), szukając możliwości zapełnienia plecaków. Rozejrzałam się. Na pustej ulicy ciągnęły się rzędy sklepów obuwniczych i butików z różnymi fikuśnymi kolorowymi ubraniami na witrynach. Stanęłam przy chłodnej szybie drzwi i oparłam się o nią czołem. Wciąż nie mogłam uwierzyć w swoje nieszczęście. Moja chwila zadumy nie trwała jednak długo. Po chwili usłyszałam w oddali głośny wybuch, a po nim zobaczyłam upadające budynki, szyby wypadające z ram okien i wielkie ściany ognia. Ognia, który wyjątkowo szybko się rozprzestrzeniał. Zaraz potem dosięgnął mnie błagalny, mrożący krew w żyłach krzyk jednej z trybutek. Zerknęłam na Blue, lecz tylko na ułamek sekundy, bo nagła eksplozja tuż obok niej poderwała mnie z ziemi tak, że odleciałam kilkanaście metrów dalej, lądując boleśnie na plecach. Wszystkie budynki po kolei zaczęły się osuwać i walić. Wokół nas krążyły tumany pyłu i kurzu, dym unosił się w powietrzu, drażniąc moje nozdrza. Z sykiem wciągnęłam powietrze. Czułam, że plecy są mocno zdarte, możliwe nawet, że do mięsa. Ciepłe strużki krwi popłynęły z rany wytworzonych podczas upadku. Moją motywacją w tamtej chwili było zdanie "nie daj się zabić, żeby nie wiem co się działo, ty nie możesz dać się zabić!". Ignorując swoje cierpienie, poderwałam się na równe nogi i podbiegłam ratować również i Blue, która z ledwością oddychała po upadku. Mimo jej protestów i krzyków, postawiłam ją na równe nogi i zmusiłam do biegu, a sama zaczęłam z determinacją szukać mojego topora i plecaka, który upuściłam podczas wybuchu.
Nie wiem, co się stało z moim tobołkiem. Cieszyłam się, że udało mi się przynajmniej znaleźć broń. Nieźle musiałam się natrudzić, by wygrzebać siekierę spod gruzu, łamiąc sobie przy tym paznokcie i zdzierając z palców skórę. Tego dnia zdecydowanie los mi nie sprzyjał. Gdy wstałam z klęczek i otrzepałam się z pyłu wiedziałam, że coś jest nie w porządku. Popatrzyłam dookoła siebie. Arena przestała przypominać Kapitol. W tym momencie stałam na wielkim pobojowisku, na którym w niektórych jedynie miejscach stały wysokie wieżowce. Całe gruzowisko otoczone było dosyć gęstym lasem, a gdzieniegdzie spod zawaliska wystawały ręce, lub głowy zakopanych trybutów, w większości zapewne martwych. Znów udało mi się przeżyć. Wtedy nastąpiły kolejne wybuchy armatnie. Pierwsze. Drugie. Trzecie. Czwarte. A więc zostało nas ośmioro... Finałowa ósemka. Ha! Nie spodziewałam się, że tak szybko do niej dojdzie, jednak cieszyłam się myślą, że byłam coraz bliższa powrotu do domu.
Powoli zachodziło słońce, a ja nie chciałam pozostać na widoku, dlatego czym prędzej udałam się na poszukiwanie jakiegokolwiek schronienia. Rano znajdę Blue, obiecałam sobie, gdy natrafiłam na niewysoki fragment muru, na który upadła betonowa ściana budynku, tworząc ciasną i ciemną, ale bezpieczną kryjówkę, w której można spokojnie przespać noc. Nie miałam już siły oglądać twarzy poległych trybutów. Jedynie pozostało mi się modlić o to, że Blue i Matt wciąż żyją...
***
Skwar. Cóż za okropny skwar. Z  ledwością wygrzebałam się ze swojej nory, zalewając się przy tym potem. Powoli rozprostowałam skamieniałe kości i popatrzyłam dookoła. Z nieba biło niemiłosierne gorąco, które rozmywało ruiny Kapitolu widniejące na horyzoncie. Nie miałam pojęcia dlaczego organizatorzy postanowili zniszczyć nam arenę. Mogłam się jedynie domyślać, że stało się to ze względu na potrzeby finału, który miał być groźny, agresywny i równie trudny do przeżycia. Powoli ruszyłam przed siebie, potykając się co chwilę i raniąc sobie dłonie, gdy upadłam na ostre kamienie. Wstałam i z sykiem wciągnęłam powietrze. Po długich godzinach marszu po niewygodnym podłożu, spocona, zmęczona i spragniona opadłam na kamienie, chcąc chwilę odpocząć. Topór rzuciłam sobie pod nogi i głowę wsunęłam pomiędzy rozkraczone nogi, dysząc ciężko.
-No no! Kogo ja widzę!- usłyszałam nad sobą znajomy głos, od którego włoski zjeżyły mi się na karku...

sobota, 29 czerwca 2013

IX

Nie. Nie tak wyglądał nasz Kapitol. Ten, który widziałam przed sobą był milczący, cichy i taki... pusty. Brakowało mi w nim tej ekscentryczności, barw. Spojrzałam na Blue, która również patrzyła na majestatyczne, choć mroczne miasto z niedowierzaniem w oczach. Dziewczyna sapnęła. Wciąż nie mogła pogodzić się z utratą ukochanej, z resztą jej się temu nie dziwiłam.
-Wydaje mi się, że możemy znaleźć tu całkiem dobre miejsce na ukrycie się. Przy okazji możemy same zapolować.- mruknęła i popatrzyła na mnie, czekając na moją reakcję. Ani drgnęłam, zbyt przybita krajobrazem rozciągającym się przede mną, lecz wiedziałam, iż błękitnowłosa ma stuprocentową rację.
-Co proponujesz?
Sojuszniczka wyciągnęła przed siebie palec wskazujący, który skierowała na wejście do kanałów. Rzuciłam jej zdziwione spojrzenie.
-Popierdoliło cię?!- warknęłam.- Tam może być więcej zmiechów!
Odpowiedziała mi wzruszeniem ramion.
-Masz więc jakiś inny pomysł?- podrapałam się po brodzie, zastanawiając się cicho, następnie zaś skinęłam głową. Kiwnęłam głową na budynek biurowca, który nie był używany już od ponad dekady.
-Niemożliwe, że będą się tam pałętać, będą się bali.- powiedziałam i ruszyłam spokojnie, trzymając w dłoni topór gotowy do walki. Wybuch. W pierwszej chwili nie przejęłam się, po głowie kołatała mi się myśl, że jakiś nieuważny trybut musiał wpaść na Hadrię i jej bandę, lecz wtedy zorientowałam się, że gruchnęło zdecydowanie bliżej, niż zwykle. Wtedy to zobaczyłam. Dom, który stał koło nas nagle zakołysał się niebezpiecznie, a jego szklane okna z impetem zaczęły wypadać z ram. Z ledwością udało mi się uskoczyć, ratując tym samym Blue przed tragiczną śmiercią. Szkło rozbijało się o asfalt, a echo roznosiło się wokół. Odłamki fruwały w powietrzu, jednak nam nic się nie działo, dopóki, dopóty zasłaniałyśmy oczy. W końcu jednak i cały budynek zaczął się przekrzywiać. Metalowa konstrukcja przechyliła się mocno w naszą stronę. Upadał. Nie było innej możliwości, zasłoniłyśmy twarze, uciekając przed śmiercią. Znowu. Popatrzyłam się w stronę budynku- niestety na swoje nieszczęście- spory odłamek szkła dostał mi się do oka. Krzyknęłam z bólu. Narząd wzroku zaczął łzawić i krwawić lekko- najwyraźniej musiałam pokaleczyć powiekę od wewnątrz, jednocześnie uszkadzając spojówkę. Chciałam przetrzeć oko i w jakiś sposób pozbyć się z niego ciała obcego, jednak wiedziałam, że gdy zrobię to w tamtym miejscu- zginę.
Pobiegłam za swoją sojuszniczką, krzycząc, by zwolniła, jednak długonoga Blue najwyraźniej mnie nie usłyszała i wciąż pędziła przed siebie na łeb, na szyję. Budynek upadł z wielkim hukiem, wzbijając w niebo tumany kurzu i szklanych odłamków. Było głośno, zdecydowanie za głośno.
Dobiegłyśmy do równoległej ulicy i zatrzymałyśmy się. Udało nam się. Żyjemy. Westchnęłam głośno i przysiadłam na ziemi, prosząc przy tym dziewczynę, by pomogła mi usunąć z oka szkło. Gdy przykucnęła przy mnie, jej mina stężała. Niebieskowłosa zbladła patrząc się w moje chore oko.
-Vesper, to zdecydowanie nie wygląda dobrze.- jej ton nie wróżył nic dobrego.
-Jak to? Chcę to zobaczyć!- poprosiłam i podeszłam do jednego z budynków, aby móc się przejrzeć w odbiciu. Już z daleka widziałam, że coś jest nie tak- oko nie powinno być takie zaczerwienione. Pominę już fakt, że wylewała się z powieki strużka świeżej krwi, która mieszała się z łzami wydzielanymi przez narząd wzroku. Podeszłam bliżej i zaniemówiłam. Spojówka była w złej, ba, koszmarnej kondycji. Cała poszarpana, zniszczona, a z rogówki wystawał mały, niepozorny, choć ostry kawałek szkła, który splamiony był krwią i wbijał się głęboko w spojówkę. Powinnam w tej sytuacji płakać, jednak bałam się, że ból stanie się uciążliwszy, niż do tej pory.
-Usuń to, błagam.- powiedziałam głosem wypranym z emocji. Dziewczyna spojrzała się na mnie niepewnie.
-Będzie cię to bolało.
-Po prostu tu usuń!- krzyknęłam zaciskając pięści. Z trudem otwarłam szerzej oko. Blue podeszła do mnie i sięgnęła palcami do odłamka. Ścisnęłam zęby i starałam się utrzymać oko wytrzeszczone. Dłoń niebieskowłosej drżała. Zdecydowanie brakowało jej precyzji chirurga, ale w sytuacji, w jakiej się znalazłam nawet niedoświadczona nastolatka może okazać się pomocna.
Złapała za szkło i pociągnęła lekko. Przez moje ciało przeszła fala silnego bólu. Wrzasnęłam na całe gardło, a potem uświadomiwszy sobie, co właśnie zrobiłam- przeraziłam się. Mój krzyk słychać było pewnie na całej arenie. Wtedy, zamiast chmary spragnionych krwi trybutów zobaczyłam spadochron z przyczepionym małym metalowym pudełkiem. Popatrzyłam się na Blue zdrowym okiem. Dziewczyna skoczyła do znaleziska i otwarła wieczko pudełka.
-Prezent od sponsorów!- uradowała się. Odetchnęłam z ulgą.
-Co to jest?
-Sprzęt chirurgiczny.- rzekła i wzięła w dłoń strzykawkę i igłę.- Zapewne znieczulenie.- mruknęła. Wbiła mi ostrze w poszkodowaną powiekę i sprawiła, że zupełnie już nie czułam bólu- nie czułam niczego. Następnie w jej rękach znalazł się skalpel i pęseta. Bałam się myśleć, co ona zamierza zrobić, dlatego postanowiłam, że bezpieczniej byłoby nie pytać.
Po długim czasie spędzonym w jednej i tej samej pozycji, w końcu odłamek zniknął z mojego oka, jednak nie mogłam ani mrugać, ani nim ruszać.
-Co z nim jest? Będzie działało jak wcześniej?- odpowiedziało mi milczenie. Szkło upadło na ziemię, bryzgając wokół siebie maleńkimi plamkami krwi.- Blue?- mój głos być coraz bardziej przerażony.- Blue, odpowiedz!
-Obawiam się...- zaczęła. Przełknęła głośno ślinę i usiadła po turecku naprzeciw mnie.-... Że możesz całkowicie stracić wzrok w tym oku.- zamurowało mnie.
-Ale... przecież coś jeszcze widzę! Zamglone, ale widzę! Blue, jesteś pewna?- pokiwała energicznie głową.
-To jeden z pierwszych objawów.- zaklęłam głośno. Jest gorzej, niż się spodziewałam. Arena rzeczywiście jest koszmarem. Koszmarem i piekłem. Beatryce się myliła- nie da się przyjmować Igrzysk na luzie...

czwartek, 13 czerwca 2013

VIII

Powoli zachodziło słońce, a na dworze robiło się zimno, dlatego zapięłam zamek kurtki aż pod szyję i usiadłam na śpiworze rozmawiając ze sojuszniczkami. Ponieważ do wąwozu nie wpadało dostatecznie dużo światła- nie byłam w stanie dojrzeć ich twarzy, a jedynie ich zarysy. Wcisnęłam zmarznięte dłonie do kieszeni kurtki i skuliłam nogi pod brodą.
-Kto pierwszy stanie na warcie?- odezwała się Blue, obejmując ręką Angelę.
-Ja mogę.- mruknęłam i złapałam za rękojeść noża. Nim jednak wstałam, usłyszałyśmy głośny hymn Panem, a zaraz potem nieboskłon rozjaśniło godło Kapitolu. Wszystkie wzrok skierowałyśmy w górę. Wyświetlił się wielki napis Polegli i po kolei zaczęto wyświetlać twarze zmarłych tego dnia trybutów. Wśród nich była podobizna dziewczyny, która pierwszego dnia szkolenia towarzyszyła Ottonowi. Później dziewczyna, której darowałam życie, następny obraz przedstawiał Anandę, kolejny Meyera. Reszty nie kojarzyłam nawet z widzenia. Na końcu godło zniknęło razem z melodią, której jeszcze przez chwilę unosiło się echo między drzewami. Zawiał silniejszy wiatr. Skuliłam się w sobie, drżąc z zimna. Popatrzyłam na dziewczyny, które już szykowały się do snu, układając wygodnie w śpiworach.
-Jak będziesz zmęczona, obudź mnie.- poprosiła Blue, na co skinęłam głową.- Super. Dobrej nocy.
-Dobranoc.- mruknęłam i również weszłam do śpiwora, opierając się plecami o drzewo.
Bałam się. Dziewczyny spały już od dłuższego czasu, a ja rozglądałam się dookoła lasu, który w tamtym momencie wydawał się być upiorny. Przeszły mnie ciarki. Siedzenie po ciemku w takim miejscu nie należało do moich ulubionych czynności. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, dlatego wstałam, w jedną rękę chwyciłam nóż, a w drugą włócznię i próbując nie szeleścić zeschniętymi liśćmi, ruszyłam na krótki spacer. Wspięłam się po stromym zboczu wąwozu i ruszyłam ścieżką w stronę Rogu Obfitości- a nóż może zostało coś ciekawego. Wyszłam spomiędzy gęstych drzew i ujrzałam przed sobą metalową konstrukcję Rogu. Wokół niego porozrzucane była niezabrana broń i przedmioty biwakowe. Ruszyłam krok na przód i od razu tego pożałowałam, gdy zobaczyłam pomarańczowy słup ognia, wokół którego siedziała trójka trybutów, którzy śmiali się i tańczyli wokół płomieni. Cofnęłam się o krok i przykucnęłam, szukając punktu zaczepienia. Topór. Na wprost mnie. Powoli podpełzłam, starając nie zwracać na siebie uwagi, kiedy nagle śpiewy trójki ucichły gwałtownie.
-Cii. Czujecie to?- usłyszałam głos Kocicy. Zamarłam w bezruchu i spojrzałam się w jej stronę. Stanęła kilka kroków bliżej mnie i zaczęła węszyć.
-Co znowu, Hadria? Nikogo tu nie ma.- odezwał się znużonym głosem Kobiecy Chłopak. Kocica zasyczała głośno.
-Zamknij się, Struve.- jej głos przepełniony był gniewem i pogardą. Wszystkiemu przyglądała się zdziwiona Beatryce.- Wiem doskonale, że ktoś tu jest.
-Skoro tak, to pokaż gdzie!- najwyraźniej chłopak miał już dosyć swojej liderki, Hadrii. Kocica najwyraźniej uważana była za przewodniczkę, choć nikt o tym ani nie mówił, ani ona sama się do tej funkcji nie paliła. Ostrożnie ruszyła w moją stronę. Krok za krokiem. Dodatkowo węszyła nosem. Moje serce zabiło mocniej. Powoli podpełzłam bliżej ostrza. Na szczęście obok leżał również zapas suszonej wołowiny w pudełku. Chwyciłam za broń, nóż wrzuciłam do kieszeni i nim dziewczyna zdążyła zareagować, ja podniosłam się błyskawicznie z ziemi i chwytając jedzenie, popędziłam w stronę obozowiska.
Zdyszana dobiegłam do Angeli i Blue, które właśnie przebudziły się i zdezorientowane patrzyły się na mnie. Przyłożyłam palec do ust uciszając je.
-Veespeer! Gdzie jesteś, kochanie?- usłyszałyśmy słodki, jednak nasączony jadem głos Kocicy. Blue popatrzyła się na mnie gniewnie.
-Ściągnęłaś nam na głowę Hadrię?- jej ton wyrażał złość.
-Przypadkiem.- rzuciłam lakonicznie i skryłam się w stercie liści, polecając dziewczynom wykonać tę samą czynność. Trójka zbiegła po zboczu wąwozu i zaczęła się rozglądać. Miałyśmy szczęście, że w ciemności nic nie było widać, bo w innym przypadku zginęłybyśmy na miejscu. Kocica wciągnęła głęboko powietrze.
-Była tu. Jeszcze chwilę temu.-mruknęła i zastrzygła kocimi uszami. Po chwili jednak machnęła ręką i wraz z towarzyszami odeszła. Wszystkie trzy odetchnęłyśmy z ulgą i po paru minutach, gdy odgłosy kroków trybutów ucichły, powoli wygrzebałyśmy się z liści.
-Masz szczęście.- zaczęła Angela surowym tonem- Że nas nie zobaczyli. Po co tam właściwie polazłaś?
Wskazałam palcem na pudełko z jedzeniem i lekki topór, który ze sobą przywlokłam. Oczy blue rozjaśniły się nagle.
-No proszę, proszę.- klasnęła w dłonie.-Jednak jesteś przydatna.- i wszystkie trzy zaśmiałyśmy się. Postanowiłyśmy zmienić wartę tak, że teraz pilnowała nas Angela. Dziewczyna poprawiła spięte w wysokiego kucyka jasne włosy i okrywając się kocem, usiadła w miejscu pierwotnie zajmowanego przeze mnie, a ja z niebiesko włosą położyłyśmy się na ziemi, wpatrując w rozgwieżdżone niebo. W końcu odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
***
Powoli otworzyłam oczy, zirytowana ostrym, nieprzyjemnym zapachem, który nagle uderzył mnie w nozdrza. Kaszlnęłam kilka razy, podnosząc się z ziemi. Rzuciłam Angeli pytające spojrzenie. Zobaczyłam, jak Blue klęczy i pochylając się do przodu wymiotowała. Co to, do cholery było?! Zapach z pewnością w mniejszym, lub większym stopniu przypominał lakier do włosów, tylko o wiele intensywniejszy, w dodatku zmieszany z zapachem gnijącego mięsa. Wzdrygnęłam się i również zwróciłam zjedzony poprzedniego wieczoru posiłek.
-Powinnyśmy znaleźć miejsce, gdzie nie czuć tego świństwa.- wymamrotała cała blada Blue, która właśnie wycierała brodę w rękaw kurtki. Szybko zebrałyśmy rzeczy, pragnąc jak najszybciej uciec z tego smrodu. Wspięłyśmy się w górę zbocza, a następnie, czując zapach jeszcze bardziej, skierowałyśmy się w stronę Rogu Obfitości. Ostrożnie wyszłyśmy z lasku, bojąc się pokazać Hadrii, Struve'owi i Beatryce na oczy, co na szczęście nie było konieczne- wszyscy trzej spali spokojnie wokół tlących się jeszcze kawałków drewna. Spokojnie ruszyłyśmy przed siebie. Usłyszałyśmy jednak za sobą przeciągłe, ostrzegawcze warknięcie, od którego włoski zjeżyły mi się na karku. Odwróciłam się. Na wysokości moich oczu znajdowała się głęboka pierś i długie łapy porośnięte gęstym, czarnym posklejanym futrem. Uniosłam głowę, by zobaczyć wściekłe oblicze wilka o wielkich ostrych zębach, po których skapywała ślina. Jaskrawożółte ślepia zwierzęcia pełne były nienawiści i żądzy mordu. 
-Odwróćcie się, ale ostrożnie. Nie patrzcie mu w oczy.- szepnęłam do dziewczyn. Niestety jednak Angela podniosła wzrok, co wystarczyło, by zmieszaniec rzucił się na nią z kłami. Zwierzę zatopiło zębiska w krtani zszokowanej dziewczyny. Blue krzyknęła przerażona, ale pociągnięta przeze mnie uciekła od wielkiej bestii. Wybuch armatni. Dziewczyna padła na kolana, zalewając się łzami, patrząc w martwe oczy blondynki. Świat się dla niej zatrzymał, ale nie dla zmieszańca. Poczułam na sobie zimny pot, gdy wilk zaszarżował w naszą stronę. Złapałam w dłoni topór i gdy zwierzę już miało rzucić się na Blue z zębami, ja w tempie błyskawicznym do niego podbiegłam, wzięłam zamach i pozbawiłam bydlaka głowy. Ciało jeszcze przez kilka sekund utrzymywało się w pionie, w końcu jednak padło na ziemię z głuchym łoskotem. Zwierzę było martwe. Odetchnęłam z ulgą i pomagając Blue podnieść się z ziemi, ruszyłyśmy w stronę miasta, mając nadzieję, że tam zastaniemy większy spokój i mniej podobnych sytuacji.

wtorek, 4 czerwca 2013

VII

Palące słońce, bezchmurne niebo i trybuci stojący na tarczach dookoła Rogu Obfitości. Rozejrzałam się, szukając zacienionego miejsca na wielkim pustkowiu pełnym gorącego piasku. Co to jest?, pomyślałam próbując wymyślić jakąkolwiek taktykę na bieżący moment. Nerwowo kręciłam głową i przytupywałam nogą, na przemian zaciskając i rozluźniając palce. Co robić? Co robić?, gorączkowo zastanawiałam się, próbując znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. W końcu w piasku udało mi się zauważyć czarny przedmiot, który zapewne miał być plecakiem. Obok niego zauważyłam kilka noży, które odbijały w klindze ostre światło słońca. Wiedziałam już gdzie się udać. Poczułam palące podniecenie i adrenalinę, która strzeliła mi do głowy. Gotowa do biegu pochyliłam się i ugięłam nogi, czekając na znak, że możemy rozpocząć rzeź. Ostatnie spojrzenie na trybutów- Beatyce w identycznej pozycji, co ja, Kocica podskakiwała w miejscu, pewna swojego zwycięstwa. Już przed nami ostatnie sekundy przed początkiem...
Zabrzmiał gong. Zerwałam się z miejsca i sprintem pobiegłam do miejsca wcześniej wypatrzonego, nie bacząc na innych, którzy już rozpoczęli walkę o śmierć i życie. Usłyszałam pierwsze wybuchy armatnie, gdy przedzierałam się przez niewygodną powierzchnię piasku. Jedno uderzenie. Drugie, trzecie, czwarte, a za nim kilka kolejnych. Schyliłam się i w biegu chwyciłam gorący w dotyku metalowy nóż i plecak, następnie zatrzymując się, by schować do torby kilka zapasowych ostrzy. Wtedy jednak poczułam przeszywający ból w kręgosłupie. Wymacałam palcami plecy, natrafiając na smukłą strzałę i krew sączącą się z rany. Zaraz... krew? Z moich ust wylała się szkarłatna posoka, a później zobaczyłam mroczki przed oczami. Ostatnie, co usłyszałam to wrzawa walki i huk armatni...
Z wrzaskiem usiadłam gwałtownie na łóżku, instynktownie dotykając kręgosłupa, gdzie wbiła się wcześniej strzała. Odetchnęłam z ulgą. To tylko sen, to tylko sen, powtarzałam w myślach, próbując na darmo się uspokoić- z resztą i tak za kilka godzin może mnie czekać to samo. Skuliłam nogi pod brodą i zaczęłam się kiwać w przód i w tył bojąc się ponownie zasnąć z obawy przed gorszymi koszmarami. Dziwiło mnie jedynie to, że nikt nie zjawił się, by zobaczyć dlaczego tak krzyczę, jednak niespecjalnie chciałam wtedy o tym mówić. Powoli wstałam z posłania i udałam się do łazienki wziąć prysznic, a jednocześnie obmyć się z resztki koszmaru. Ciepłe strumienie spływały w dół mojego nagiego ciała, rozprężając wszystkie spięte mięśnie. Oddychałam głęboko ciesząc się ostatnimi chwilami wolności. Wsłuchana w odgłosy bębnienia wody o szklane drzwiczki prysznica, nie przejęłam się nawet faktem, że ktoś wszedł do mojej sypialni.
Gotowa owinęłam się miękkim ręcznikiem i wyszłam z pomieszczenia. W pokoju siedziała Katniss. Zgarbiona wpatrywała się tępo w ścianę. Najwyraźniej nie zauważyła mojego przybycia. Albo po prostu zignorowała ten fakt. Odchrząknęłam głośno, a jej głowa powoli odwróciła się w moją stronę. Kobieta uśmiechnęła się do mnie gorzko.
-Ścinałaś paznokcie?- zapytała. Pytanie zbiło mnie z partykuły.
-Nie.- rzuciłam, siadając na łóżku, tuż obok niej.
-To dobrze. W przypadku, gdy stracisz wszelką broń, wtedy nawet one mogą okazać się pomocne.- wyjaśniła. Pocieszona spojrzałam się na ostatnią deskę ratunku. Teraz będę patrzeć na nie inaczej.
-Boisz się?
-A ty się bałaś?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
-Oczywiście, że tak. Przecież byłam wysyłana na śmierć.- mentorka spojrzała mi w oczy.- Poradzisz sobie, Vesper. Wierzę w to. I rozluźnij mięśnie.- rzekła, kładąc delikatnie dłoń na mojej zaciśniętej pięści.- Bardziej przydadzą ci się później, niż teraz.- powiedziawszy to, wyszła z pokoju. Oczywiście miała rację, jednak strach i zirytowanie wzięły nade mną górę, dzięki czemu nie mogłam rano funkcjonować prawidłowo, poruszałam się automatycznie, niczym robot.
W końcu Torii kazała nam, trybutom ruszyć za sobą w stronę dachu. Nasz przemarsz był milczący i raził ciemną energią w promieniu kilku kilometrów. Nawet Beatryce, która zwykle była z naszego towarzystwa najpogodniejsza (nie mówiąc już o naszej opiekunce...), szła cicho ze spuszczoną głową. Pierwszy raz widziałam jej włosy nienatapirowane, związane w lichego, krótkiego kucyka, a Keith był jeszcze bledszy, niż zazwyczaj. Matthew też nie wyglądał dobrze. Pod jego oczami widniały głębokie cienie, a o Meyerze nawet nie wspomnę. Pochód zatrzymał się na dachu, tuż przed drabinką prowadzącą do poduszkowca, który najprawdopodobniej miał zabrać nas na arenę. Spojrzałam na srebrny pojazd, dryfujący w powietrzu, czekając, aż w końcu pojawimy się w jego wnętrzu. Rzuciłam opiekunce krótkie, smutne spojrzenie. Kobieta wydawała się być roztrzęsiona faktem, że niedługo może nas nie zobaczyć.
-Niech los zawsze wam sprzyja!- próbowała przekrzyczeć poduszkowiec. Wiatr rozwiewał jej włosy, a jej uniesiona ręka drżała lekko. Skinęłam głową.
-I tobie.- odparła Beatryce łapiąc się drabinki. W końcu kobieta odeszła, pozostawiając nas samych. Wdrapaliśmy się na pokład pojazdu i zajęliśmy miejsca na wygodnych krzesłach.
Rozejrzałam się po pokładzie. Naprzeciw mnie siedział chłopak z Góry. Mrużył oczy, wpatrując się we mnie intensywnie. Ja również zmierzyłam go spojrzeniem. Była to niema rywalizacja o to, kto pierwszy spuści wzrok, ten jest słabszy. Patrzyliśmy się na siebie przez długą chwilę, w końcu jednak chłopak uśmiechnął się półgębkiem.
-Widzę, że nie masz zamiaru szybko się poddać.- rzekł powoli. Prychnęłam cicho.
-Chyba już rozmawialiśmy kiedyś na ten temat.- odparłam z pewnością siebie. Postanowiłam troski i strach schować głęboko w sercu i nie dać po sobie poznać, że jest we mnie choć trochę słabości. Oparłam się plecami o ścianę i zamknęłam oczy, wzdychając głęboko.
Zamknęli nas w podziemnych salach, które znajdowały się pod areną. Ostre światło jarzeniówek raziło mnie w oczy. Czekałam na Orę, która miała dostarczyć mi strój na arenę. W końcu i ona przybyła. Miała na sobie biały top na cienkich ramiączkach i fioletową spódnicę do kolan. W ręku trzymała pokrowiec z ubraniem na Igrzyska. Zorientowałam się, ponieważ widniało na nim duży herb Kapitolu. Sięgnęłam po ubranie. Kobieta kazała rozebrać mi się do bielizny, a następnie pomogła wciągnąć na siebie rozciągliwy, ale przylegający materiał jasnobrązowych spodni, podała mi czarny top na grubych ramiączkach, na to nasunęła jeszcze bluzkę z długim rękawem w kolorze khaki i zarzuciła mi na ramiona jeszcze kurtkę przeciwdeszczową. Nogi obułam w wysokie, sznurowane buty o grubej podeszwie. Gotowa stanęłam na przeciw kobiety. Pociągnęła cicho nosem. Wydawała się być smutna, ale nic nie mogła na to poradzić, że przyszła moja pora. Dotknęła opuszkami palców mojego policzka.
-Jesteś silna, poradzisz sobie.- szepnęła, patrząc mi w oczy. Kiwnęłam lekko głową.
-Poradzę sobie.- powtórzyłam bezmyślnie. W końcu mechaniczny głos oznajmił, że zostało trzydzieści sekund do wyjścia na arenę. Stanęłam na metalowej tarczy, która po chwili powoli pojechała w górę. Przez chwilę znajdowałam się w całkowitej ciszy i ciemności. Słyszałam jedynie swój płytki oddech i głośne bicie serca. Gdy w końcu wyjechałam z ciemnego tunelu, oślepiło mnie ostre światło słońca. W duszy modliłam się tylko, aby nie wylądować na pustyni, o której śniłam ubiegłej nocy. Ale nie. Było gorzej, niż poprzedniej nocy.
Areną miał być sam Kapitol. Wokół trybutów rozniosły się krzyki zaskoczenia i złości. To musi być jakiś żart., pomyślałam i poruszyłam się niespokojnie. Wybór organizatorów zdecydowanie był dla nas ciosem w brzuch. Przecież Kapitol był miejscem, z którym wiązaliśmy wszyscy najlepsze wspomnienia, które kochaliśmy wszyscy nad życie. Co robić? Mamy  w a l c z y ć? Tutaj? Nie! Nie! Nie! Proszę! Błagam! Niech to będzie tylko zwykły dowcip! Gorączkowo rozmyślałam, co powinnam robić. Rozejrzałam się dookoła. Tarcze zostały ustawione dookoła metalowego Rogu Obfitości, z którego wysypywały się najpotrzebniejsze przedmioty, jak broń, jedzenie i woda. Zostały ostatnie sekundy. Wypatrzyłam wzrokiem Blue, której wskazałam głową kierunek, w którym ma biec razem z Angelą. Sama w tym czasie chciałam pozbierać trochę zapasów i noży. Adrenalina już uderzyła mi do głowy. Poczułam żar w całym ciele. Nogi paliły mnie żywym ogniem, czekając, aż tylko będę mogła ruszyć. Ostatnie sekundy na tarczach. Ostatni raz omiotłam wszystkich badawczym spojrzeniem i przygotowałam się do startu, kątem oka starając się obserwować stojącą na tarczy obok Kocicę. Pionowe tęczówki zwęziły się jej do granic możliwości, a na jej ustach igrał szaleńczy uśmiech. Mimo wszystko była gotowa walczyć.
Gong. Rzuciłam się przed siebie, nie patrząc na nikogo. W sprincie chwyciłam nóż dwa i dwa plecami. Miałam zamiar wziąć ze sobą również kuszę, która leżała nieopodal, jednak nie zdążyłabym uciec przed szałem walki. Usłyszałam pierwsze gniewne krzyki bojowe, głuche jęki i wrzaski bólu. Jednak znaleźli się tacy, którzy potrafili zabijać z zimną krwią. Szczękał metal, zagrzmiał wybuch armatni. Po nim drugi, trzeci, czwarty, piąty, dziesiąty. Dziesiąty?! Zostało nas już tylko czternastu... Pędziłam przed siebie na łeb, na szyję. Nagle usłyszałam za sobą odgłos strzały wypuszczanej z kuszy. Błyskawicznie uchyliłam głowy, tak, że nie dosięgła mojej głowy, a kory drzewa rosnącego nieopodal. Wyrwałam ją szybkim ruchem. Odwróciłam się w stronę strzelającego i pokazałam mu zdobycz z szerokim uśmiechem na ustach. Zaśmiałam się chrapliwie i nim trybut ze złością zdążył założyć kolejny pocisk na cięciwę- zniknęłam między drzewami. W końcu zdyszana dogoniłam swoje sojuszniczki. Nie wiedziały, że to ja się zbliżam, dlatego jedna z nich wycelowała we mnie włócznią, którą najwyraźniej zdążyła pochwycić. Uniosłam ręce wysoko.
-Spokojnie, to ja.- odezwałam się cicho. Dziewczyna upuściła broń na ziemię i przytuliła mnie mocno.
Znajdywałyśmy się w lasku, który rósł spokojnie za parkiem. Kiedyś prowadziły tu alejki, które teraz pod naporem młodych, wyrastających spod asfaltu drzew- popękały. Stare posągi i fontanny dawno już omszały i zostały w połowie zeżarte przez kwas. Podałam dziewczynom plecak i usiadłam po turecku na ziemi, tuż koło nich. Postanowiłyśmy dzielić się jedzeniem, pełnić warty i bronić się nawzajem w razie niebezpieczeństw. Pomimo, że Igrzyska dopiero się rozpoczęły, ja byłam już piekielnie zmęczona. Z resztą nie tylko ja, bo gdy Angela z Blue rozkładały  śpiwory, które znalazłyśmy w plecakach, zawędrowała tu styrana, kulejąca czternastolatka z sińcami i ranami otwartymi na twarzy. Miała rozczochrane jasnoblond włosy, w które wplotły się stare liście, a jej ciemnoniebieskie oczy błagały mnie o litość.
-Idź.- mruknęłam, wskazując jej drogę wolną.
-Dziękuję.- szepnęła i pokuśtykała dalej. Niedługo jednak było się jej cieszyć życiem, bo po kilku minutach usłyszałam wrzask dziewczyny, po którym nastąpił głośny wybuch armatni, od którego podskoczyłam w miejscu. Popatrzyłam się na sojuszniczki i palcem pokazałam na wąwóz znajdujący się niedaleko. Zabrałyśmy szybko nasze rzeczy i ukryłyśmy się w dole w krzakach, przykrywając się dodatkowo powalonymi gałęziami drzew, suchymi liśćmi i igliwiem. Popatrzyłam się na ścieżkę, gdzie wcześniej stałam z dziewczynami. Przechodził tamtędy chłopak, z którym rano mierzyłam się wzrokiem. Przykucnął, widząc nasze niezakryte ślady starego obozowiska i następnie wstał, rozglądając się bacznie po okolicy. Miał bystry wzrok i surowość na twarzy. Jego włosy z tyłu związane były w krótki samurajski kucyk, a z przodu wchodziły mu do oczu. W ręku dzierżył długi miecz, na którym błysnęła świeża, szkarłatna krew. Najwyraźniej będzie zabijał z zimną krwią, nie patrząc na nic. Igrzyska właśnie się rozpoczęły. Niech więc los zawsze mi sprzyja.

Obserwatorzy