niedziela, 11 sierpnia 2013

XI

Zacisnęłam mocniej zęby i powoli odwróciłam się z sercem bębniącym o żebra. Wstając z ziemi chwyciłam również swój topór i stanęłam twarzą w twarz ze Struvem. W oczach chłopaka błąkało się szaleństwo, a na ustach igrał dziwny uśmiech. Struve ściskał w dłoni jedynie kawałek sznurka.
-Witaj, Struve. Dawno się nie widzieliśmy, nieprawdaż?- zapytałam. Zaczęliśmy krążyć wokół siebie, mierząc się wzrokiem.
-Rzeczywiście. Co z twoim okiem?- wycedził z dziwną miną. Odruchowo dotknęłam powieki, przypominając sobie w jakim stanie był mój narząd wzroku tuż po wypadku.
-Nadzwyczajnie dobrze.- odparłam. Wiedziałam, że zaraz nadejdzie chwila, w której jedno z nas polegnie.- Chyba nie przyszedłeś tu na pogawędki, prawda?
-Owszem, przyszedłem tu wygrać Igrzyska.- zaśmiałam się gorzko.
-A co na to Hadria?- zadrwiłam. Chłopak ścisnął mocniej sznurek.
-Umrze. Zaraz po tobie!- wykrzyczał i jednym błyskawicznym ruchem przerzucił mi linę przez szyję, zaciskając ją tak mocno, aż zabrakło mi tchu. Złapałam go za dłonie, starając się wyswobodzić z nacisku sznura. Powietrze powoli przestawało docierać do moich płuc, kiedy przypomniałam sobie słowa Katniss na temat paznokci. Gwałtownie uniosłam rękę i z całej siły uderzyłam chłopaka w policzek, raniąc go przy tym mocno. Struve odskoczył z krzykiem, łapiąc się przy tym za zranioną część twarzy. Nim chłopak zdążył jakkolwiek zareagować, ja chwyciłam za swój topór. Wyważyłam broń w dłoni i rzuciłam nią w długowłosego chłopaka. Ten błyskawicznie się odchylił i siekiera poleciała kilkanaście metrów dalej, z brzękiem lądując na ziemi. Struve podbiegł do mnie, starając się złapać mnie za szyję rękoma. W porę udało mi się wystawić nogę i z całej siły kopnęłam kobiecego chłopca w krocze. Stęknął z bólu. Błyskawicznie zadrapałam mu drugi policzek, który zraniony zaczął obficie krwawić. W czasie, gdy przeciwnik starał się dojść do siebie, ja doskoczyłam do topora i wbiłam go chłopakowi w plecy. Usłyszałam głośny trzask łamanego kręgosłupa, a zaraz po nim nastąpił wybuch armatni. Zabiłam pierwszą osobę na arenie. Dopiero pierwszą.
Ciało chłopaka z łoskotem upadło na ziemię. Wyciągnęłam z jego pleców zakrwawioną siekierę i wytarłam jej ostrze o ubranie chłopaka. Wkrótce przyleciał srebrny poduszkowiec i zabrał ze sobą ciało martwego Struve'a. Chwilę patrzyłam się, jak długie szczypce przytrzymują trupa, a potem odwróciłam się na pięcie i z bronią w ręku ruszyłam przed siebie, krocząc pewnie, lecz ostrożnie.

czwartek, 4 lipca 2013

X

Nie miałam pojęcia jak długo spałam. Nie miałam pojęcia co stało się ubiegłego dnia. W mojej pamięci zachowało się jedynie wspomnienie upadającego budynku i rozpryskującego się na wszystkie strony szkła, lecz nie wiedziałam, o co właściwie chodziło- z resztą nawet nie chciałam. Co potem? Ledwo wczołgałam się po schodach wieżowca, w którym chciałyśmy się ukryć z Blue.
Otwarłam oczy. Tak mi się przynajmniej zdawało, bo widziałam tylko na jedno oko. Spanikowałam. Całe moje ciało wypełniło niemiłe uczucie gorąca. Uniosłam dłoń i pomachałam nią na wysokości oczu, niestety nic nie widząc w prawym narządzie wzroku.
-B- Blue? Blue!- zawołałam łamiącym się głosem. -Blue, nie widzę!
Dziewczyna przybiegła najszybciej, jak tylko mogła. Położyła mi ręce na ramionach i kojącym głosem starała się uspokoić moją rozhisteryzowaną i krzyczącą z przerażenia osobę.
-Co się ze mną dzieje?- zasłoniłam sobie twarz i przetarłam oczy. Poczułam silną falę bólu. Syknęłam.- Co jest?
-Trzy dni temu wbiło ci się szkło. Sponsorzy przysłali nam sprzęt chirurgiczny, abym mogła je usunąć, jednak nie udało się uratować twojego oka. Wiedziałam, że to może się stać i ostrzegałam cię przed tym. Jak widać, moje słowa sprawdziły się.- Blue mówiła beznamiętnym, suchym tonem. Zrozumiałam, że straciłam wzrok w prawym oku.
-Jak to wygląda?- spytałam.
-Co?
-Moje oko! Jest w aż tak złym stanie?- Powoli pokiwała głową. Skinęłam. Chyba wolałam nawet tego nie widzieć.- A jak z innymi trybutami? Czy ktoś umarł?
-Tak. Jeden chłopak z Góry. O ile się nie mylę nazywał się Griffin.
-Griffin?- powtórzyłam. To chłopak z sojuszu Matta, prawda?- Dziewczyna wzruszyła ramionami.
      Milczałyśmy długo. W końcu jednak dokonałyśmy dokładnych oględzin plecaków, kiedy okazało się, że nasze zapasy drastycznie się skurczyły. Niebieskowłosa postanowiła, że zostanę w wieżowcu i przyzwyczaję się do bieżącej sytuacji, jednak ja uparłam się, że pójdę z nią- nie chciałam się użalać nad sobą- musiałam w tempie błyskawicznym nauczyć się żyć ze swoim kalectwem.
***
Nie było mi łatwo, czułam się, jakby ktoś kazał mi biegać bez jednej nogi, jednak postanowiłam, że się nie poddam, dlatego mimo braku wzroku w oku wciąż parłam do przodu i starałam się robić wszystko, żeby tylko przeżyć.
Szłyśmy ulicą, rozglądając się na boki (Blue starała się też mnie osłaniać z tyłu), szukając możliwości zapełnienia plecaków. Rozejrzałam się. Na pustej ulicy ciągnęły się rzędy sklepów obuwniczych i butików z różnymi fikuśnymi kolorowymi ubraniami na witrynach. Stanęłam przy chłodnej szybie drzwi i oparłam się o nią czołem. Wciąż nie mogłam uwierzyć w swoje nieszczęście. Moja chwila zadumy nie trwała jednak długo. Po chwili usłyszałam w oddali głośny wybuch, a po nim zobaczyłam upadające budynki, szyby wypadające z ram okien i wielkie ściany ognia. Ognia, który wyjątkowo szybko się rozprzestrzeniał. Zaraz potem dosięgnął mnie błagalny, mrożący krew w żyłach krzyk jednej z trybutek. Zerknęłam na Blue, lecz tylko na ułamek sekundy, bo nagła eksplozja tuż obok niej poderwała mnie z ziemi tak, że odleciałam kilkanaście metrów dalej, lądując boleśnie na plecach. Wszystkie budynki po kolei zaczęły się osuwać i walić. Wokół nas krążyły tumany pyłu i kurzu, dym unosił się w powietrzu, drażniąc moje nozdrza. Z sykiem wciągnęłam powietrze. Czułam, że plecy są mocno zdarte, możliwe nawet, że do mięsa. Ciepłe strużki krwi popłynęły z rany wytworzonych podczas upadku. Moją motywacją w tamtej chwili było zdanie "nie daj się zabić, żeby nie wiem co się działo, ty nie możesz dać się zabić!". Ignorując swoje cierpienie, poderwałam się na równe nogi i podbiegłam ratować również i Blue, która z ledwością oddychała po upadku. Mimo jej protestów i krzyków, postawiłam ją na równe nogi i zmusiłam do biegu, a sama zaczęłam z determinacją szukać mojego topora i plecaka, który upuściłam podczas wybuchu.
Nie wiem, co się stało z moim tobołkiem. Cieszyłam się, że udało mi się przynajmniej znaleźć broń. Nieźle musiałam się natrudzić, by wygrzebać siekierę spod gruzu, łamiąc sobie przy tym paznokcie i zdzierając z palców skórę. Tego dnia zdecydowanie los mi nie sprzyjał. Gdy wstałam z klęczek i otrzepałam się z pyłu wiedziałam, że coś jest nie w porządku. Popatrzyłam dookoła siebie. Arena przestała przypominać Kapitol. W tym momencie stałam na wielkim pobojowisku, na którym w niektórych jedynie miejscach stały wysokie wieżowce. Całe gruzowisko otoczone było dosyć gęstym lasem, a gdzieniegdzie spod zawaliska wystawały ręce, lub głowy zakopanych trybutów, w większości zapewne martwych. Znów udało mi się przeżyć. Wtedy nastąpiły kolejne wybuchy armatnie. Pierwsze. Drugie. Trzecie. Czwarte. A więc zostało nas ośmioro... Finałowa ósemka. Ha! Nie spodziewałam się, że tak szybko do niej dojdzie, jednak cieszyłam się myślą, że byłam coraz bliższa powrotu do domu.
Powoli zachodziło słońce, a ja nie chciałam pozostać na widoku, dlatego czym prędzej udałam się na poszukiwanie jakiegokolwiek schronienia. Rano znajdę Blue, obiecałam sobie, gdy natrafiłam na niewysoki fragment muru, na który upadła betonowa ściana budynku, tworząc ciasną i ciemną, ale bezpieczną kryjówkę, w której można spokojnie przespać noc. Nie miałam już siły oglądać twarzy poległych trybutów. Jedynie pozostało mi się modlić o to, że Blue i Matt wciąż żyją...
***
Skwar. Cóż za okropny skwar. Z  ledwością wygrzebałam się ze swojej nory, zalewając się przy tym potem. Powoli rozprostowałam skamieniałe kości i popatrzyłam dookoła. Z nieba biło niemiłosierne gorąco, które rozmywało ruiny Kapitolu widniejące na horyzoncie. Nie miałam pojęcia dlaczego organizatorzy postanowili zniszczyć nam arenę. Mogłam się jedynie domyślać, że stało się to ze względu na potrzeby finału, który miał być groźny, agresywny i równie trudny do przeżycia. Powoli ruszyłam przed siebie, potykając się co chwilę i raniąc sobie dłonie, gdy upadłam na ostre kamienie. Wstałam i z sykiem wciągnęłam powietrze. Po długich godzinach marszu po niewygodnym podłożu, spocona, zmęczona i spragniona opadłam na kamienie, chcąc chwilę odpocząć. Topór rzuciłam sobie pod nogi i głowę wsunęłam pomiędzy rozkraczone nogi, dysząc ciężko.
-No no! Kogo ja widzę!- usłyszałam nad sobą znajomy głos, od którego włoski zjeżyły mi się na karku...

sobota, 29 czerwca 2013

IX

Nie. Nie tak wyglądał nasz Kapitol. Ten, który widziałam przed sobą był milczący, cichy i taki... pusty. Brakowało mi w nim tej ekscentryczności, barw. Spojrzałam na Blue, która również patrzyła na majestatyczne, choć mroczne miasto z niedowierzaniem w oczach. Dziewczyna sapnęła. Wciąż nie mogła pogodzić się z utratą ukochanej, z resztą jej się temu nie dziwiłam.
-Wydaje mi się, że możemy znaleźć tu całkiem dobre miejsce na ukrycie się. Przy okazji możemy same zapolować.- mruknęła i popatrzyła na mnie, czekając na moją reakcję. Ani drgnęłam, zbyt przybita krajobrazem rozciągającym się przede mną, lecz wiedziałam, iż błękitnowłosa ma stuprocentową rację.
-Co proponujesz?
Sojuszniczka wyciągnęła przed siebie palec wskazujący, który skierowała na wejście do kanałów. Rzuciłam jej zdziwione spojrzenie.
-Popierdoliło cię?!- warknęłam.- Tam może być więcej zmiechów!
Odpowiedziała mi wzruszeniem ramion.
-Masz więc jakiś inny pomysł?- podrapałam się po brodzie, zastanawiając się cicho, następnie zaś skinęłam głową. Kiwnęłam głową na budynek biurowca, który nie był używany już od ponad dekady.
-Niemożliwe, że będą się tam pałętać, będą się bali.- powiedziałam i ruszyłam spokojnie, trzymając w dłoni topór gotowy do walki. Wybuch. W pierwszej chwili nie przejęłam się, po głowie kołatała mi się myśl, że jakiś nieuważny trybut musiał wpaść na Hadrię i jej bandę, lecz wtedy zorientowałam się, że gruchnęło zdecydowanie bliżej, niż zwykle. Wtedy to zobaczyłam. Dom, który stał koło nas nagle zakołysał się niebezpiecznie, a jego szklane okna z impetem zaczęły wypadać z ram. Z ledwością udało mi się uskoczyć, ratując tym samym Blue przed tragiczną śmiercią. Szkło rozbijało się o asfalt, a echo roznosiło się wokół. Odłamki fruwały w powietrzu, jednak nam nic się nie działo, dopóki, dopóty zasłaniałyśmy oczy. W końcu jednak i cały budynek zaczął się przekrzywiać. Metalowa konstrukcja przechyliła się mocno w naszą stronę. Upadał. Nie było innej możliwości, zasłoniłyśmy twarze, uciekając przed śmiercią. Znowu. Popatrzyłam się w stronę budynku- niestety na swoje nieszczęście- spory odłamek szkła dostał mi się do oka. Krzyknęłam z bólu. Narząd wzroku zaczął łzawić i krwawić lekko- najwyraźniej musiałam pokaleczyć powiekę od wewnątrz, jednocześnie uszkadzając spojówkę. Chciałam przetrzeć oko i w jakiś sposób pozbyć się z niego ciała obcego, jednak wiedziałam, że gdy zrobię to w tamtym miejscu- zginę.
Pobiegłam za swoją sojuszniczką, krzycząc, by zwolniła, jednak długonoga Blue najwyraźniej mnie nie usłyszała i wciąż pędziła przed siebie na łeb, na szyję. Budynek upadł z wielkim hukiem, wzbijając w niebo tumany kurzu i szklanych odłamków. Było głośno, zdecydowanie za głośno.
Dobiegłyśmy do równoległej ulicy i zatrzymałyśmy się. Udało nam się. Żyjemy. Westchnęłam głośno i przysiadłam na ziemi, prosząc przy tym dziewczynę, by pomogła mi usunąć z oka szkło. Gdy przykucnęła przy mnie, jej mina stężała. Niebieskowłosa zbladła patrząc się w moje chore oko.
-Vesper, to zdecydowanie nie wygląda dobrze.- jej ton nie wróżył nic dobrego.
-Jak to? Chcę to zobaczyć!- poprosiłam i podeszłam do jednego z budynków, aby móc się przejrzeć w odbiciu. Już z daleka widziałam, że coś jest nie tak- oko nie powinno być takie zaczerwienione. Pominę już fakt, że wylewała się z powieki strużka świeżej krwi, która mieszała się z łzami wydzielanymi przez narząd wzroku. Podeszłam bliżej i zaniemówiłam. Spojówka była w złej, ba, koszmarnej kondycji. Cała poszarpana, zniszczona, a z rogówki wystawał mały, niepozorny, choć ostry kawałek szkła, który splamiony był krwią i wbijał się głęboko w spojówkę. Powinnam w tej sytuacji płakać, jednak bałam się, że ból stanie się uciążliwszy, niż do tej pory.
-Usuń to, błagam.- powiedziałam głosem wypranym z emocji. Dziewczyna spojrzała się na mnie niepewnie.
-Będzie cię to bolało.
-Po prostu tu usuń!- krzyknęłam zaciskając pięści. Z trudem otwarłam szerzej oko. Blue podeszła do mnie i sięgnęła palcami do odłamka. Ścisnęłam zęby i starałam się utrzymać oko wytrzeszczone. Dłoń niebieskowłosej drżała. Zdecydowanie brakowało jej precyzji chirurga, ale w sytuacji, w jakiej się znalazłam nawet niedoświadczona nastolatka może okazać się pomocna.
Złapała za szkło i pociągnęła lekko. Przez moje ciało przeszła fala silnego bólu. Wrzasnęłam na całe gardło, a potem uświadomiwszy sobie, co właśnie zrobiłam- przeraziłam się. Mój krzyk słychać było pewnie na całej arenie. Wtedy, zamiast chmary spragnionych krwi trybutów zobaczyłam spadochron z przyczepionym małym metalowym pudełkiem. Popatrzyłam się na Blue zdrowym okiem. Dziewczyna skoczyła do znaleziska i otwarła wieczko pudełka.
-Prezent od sponsorów!- uradowała się. Odetchnęłam z ulgą.
-Co to jest?
-Sprzęt chirurgiczny.- rzekła i wzięła w dłoń strzykawkę i igłę.- Zapewne znieczulenie.- mruknęła. Wbiła mi ostrze w poszkodowaną powiekę i sprawiła, że zupełnie już nie czułam bólu- nie czułam niczego. Następnie w jej rękach znalazł się skalpel i pęseta. Bałam się myśleć, co ona zamierza zrobić, dlatego postanowiłam, że bezpieczniej byłoby nie pytać.
Po długim czasie spędzonym w jednej i tej samej pozycji, w końcu odłamek zniknął z mojego oka, jednak nie mogłam ani mrugać, ani nim ruszać.
-Co z nim jest? Będzie działało jak wcześniej?- odpowiedziało mi milczenie. Szkło upadło na ziemię, bryzgając wokół siebie maleńkimi plamkami krwi.- Blue?- mój głos być coraz bardziej przerażony.- Blue, odpowiedz!
-Obawiam się...- zaczęła. Przełknęła głośno ślinę i usiadła po turecku naprzeciw mnie.-... Że możesz całkowicie stracić wzrok w tym oku.- zamurowało mnie.
-Ale... przecież coś jeszcze widzę! Zamglone, ale widzę! Blue, jesteś pewna?- pokiwała energicznie głową.
-To jeden z pierwszych objawów.- zaklęłam głośno. Jest gorzej, niż się spodziewałam. Arena rzeczywiście jest koszmarem. Koszmarem i piekłem. Beatryce się myliła- nie da się przyjmować Igrzysk na luzie...

czwartek, 13 czerwca 2013

VIII

Powoli zachodziło słońce, a na dworze robiło się zimno, dlatego zapięłam zamek kurtki aż pod szyję i usiadłam na śpiworze rozmawiając ze sojuszniczkami. Ponieważ do wąwozu nie wpadało dostatecznie dużo światła- nie byłam w stanie dojrzeć ich twarzy, a jedynie ich zarysy. Wcisnęłam zmarznięte dłonie do kieszeni kurtki i skuliłam nogi pod brodą.
-Kto pierwszy stanie na warcie?- odezwała się Blue, obejmując ręką Angelę.
-Ja mogę.- mruknęłam i złapałam za rękojeść noża. Nim jednak wstałam, usłyszałyśmy głośny hymn Panem, a zaraz potem nieboskłon rozjaśniło godło Kapitolu. Wszystkie wzrok skierowałyśmy w górę. Wyświetlił się wielki napis Polegli i po kolei zaczęto wyświetlać twarze zmarłych tego dnia trybutów. Wśród nich była podobizna dziewczyny, która pierwszego dnia szkolenia towarzyszyła Ottonowi. Później dziewczyna, której darowałam życie, następny obraz przedstawiał Anandę, kolejny Meyera. Reszty nie kojarzyłam nawet z widzenia. Na końcu godło zniknęło razem z melodią, której jeszcze przez chwilę unosiło się echo między drzewami. Zawiał silniejszy wiatr. Skuliłam się w sobie, drżąc z zimna. Popatrzyłam na dziewczyny, które już szykowały się do snu, układając wygodnie w śpiworach.
-Jak będziesz zmęczona, obudź mnie.- poprosiła Blue, na co skinęłam głową.- Super. Dobrej nocy.
-Dobranoc.- mruknęłam i również weszłam do śpiwora, opierając się plecami o drzewo.
Bałam się. Dziewczyny spały już od dłuższego czasu, a ja rozglądałam się dookoła lasu, który w tamtym momencie wydawał się być upiorny. Przeszły mnie ciarki. Siedzenie po ciemku w takim miejscu nie należało do moich ulubionych czynności. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, dlatego wstałam, w jedną rękę chwyciłam nóż, a w drugą włócznię i próbując nie szeleścić zeschniętymi liśćmi, ruszyłam na krótki spacer. Wspięłam się po stromym zboczu wąwozu i ruszyłam ścieżką w stronę Rogu Obfitości- a nóż może zostało coś ciekawego. Wyszłam spomiędzy gęstych drzew i ujrzałam przed sobą metalową konstrukcję Rogu. Wokół niego porozrzucane była niezabrana broń i przedmioty biwakowe. Ruszyłam krok na przód i od razu tego pożałowałam, gdy zobaczyłam pomarańczowy słup ognia, wokół którego siedziała trójka trybutów, którzy śmiali się i tańczyli wokół płomieni. Cofnęłam się o krok i przykucnęłam, szukając punktu zaczepienia. Topór. Na wprost mnie. Powoli podpełzłam, starając nie zwracać na siebie uwagi, kiedy nagle śpiewy trójki ucichły gwałtownie.
-Cii. Czujecie to?- usłyszałam głos Kocicy. Zamarłam w bezruchu i spojrzałam się w jej stronę. Stanęła kilka kroków bliżej mnie i zaczęła węszyć.
-Co znowu, Hadria? Nikogo tu nie ma.- odezwał się znużonym głosem Kobiecy Chłopak. Kocica zasyczała głośno.
-Zamknij się, Struve.- jej głos przepełniony był gniewem i pogardą. Wszystkiemu przyglądała się zdziwiona Beatryce.- Wiem doskonale, że ktoś tu jest.
-Skoro tak, to pokaż gdzie!- najwyraźniej chłopak miał już dosyć swojej liderki, Hadrii. Kocica najwyraźniej uważana była za przewodniczkę, choć nikt o tym ani nie mówił, ani ona sama się do tej funkcji nie paliła. Ostrożnie ruszyła w moją stronę. Krok za krokiem. Dodatkowo węszyła nosem. Moje serce zabiło mocniej. Powoli podpełzłam bliżej ostrza. Na szczęście obok leżał również zapas suszonej wołowiny w pudełku. Chwyciłam za broń, nóż wrzuciłam do kieszeni i nim dziewczyna zdążyła zareagować, ja podniosłam się błyskawicznie z ziemi i chwytając jedzenie, popędziłam w stronę obozowiska.
Zdyszana dobiegłam do Angeli i Blue, które właśnie przebudziły się i zdezorientowane patrzyły się na mnie. Przyłożyłam palec do ust uciszając je.
-Veespeer! Gdzie jesteś, kochanie?- usłyszałyśmy słodki, jednak nasączony jadem głos Kocicy. Blue popatrzyła się na mnie gniewnie.
-Ściągnęłaś nam na głowę Hadrię?- jej ton wyrażał złość.
-Przypadkiem.- rzuciłam lakonicznie i skryłam się w stercie liści, polecając dziewczynom wykonać tę samą czynność. Trójka zbiegła po zboczu wąwozu i zaczęła się rozglądać. Miałyśmy szczęście, że w ciemności nic nie było widać, bo w innym przypadku zginęłybyśmy na miejscu. Kocica wciągnęła głęboko powietrze.
-Była tu. Jeszcze chwilę temu.-mruknęła i zastrzygła kocimi uszami. Po chwili jednak machnęła ręką i wraz z towarzyszami odeszła. Wszystkie trzy odetchnęłyśmy z ulgą i po paru minutach, gdy odgłosy kroków trybutów ucichły, powoli wygrzebałyśmy się z liści.
-Masz szczęście.- zaczęła Angela surowym tonem- Że nas nie zobaczyli. Po co tam właściwie polazłaś?
Wskazałam palcem na pudełko z jedzeniem i lekki topór, który ze sobą przywlokłam. Oczy blue rozjaśniły się nagle.
-No proszę, proszę.- klasnęła w dłonie.-Jednak jesteś przydatna.- i wszystkie trzy zaśmiałyśmy się. Postanowiłyśmy zmienić wartę tak, że teraz pilnowała nas Angela. Dziewczyna poprawiła spięte w wysokiego kucyka jasne włosy i okrywając się kocem, usiadła w miejscu pierwotnie zajmowanego przeze mnie, a ja z niebiesko włosą położyłyśmy się na ziemi, wpatrując w rozgwieżdżone niebo. W końcu odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
***
Powoli otworzyłam oczy, zirytowana ostrym, nieprzyjemnym zapachem, który nagle uderzył mnie w nozdrza. Kaszlnęłam kilka razy, podnosząc się z ziemi. Rzuciłam Angeli pytające spojrzenie. Zobaczyłam, jak Blue klęczy i pochylając się do przodu wymiotowała. Co to, do cholery było?! Zapach z pewnością w mniejszym, lub większym stopniu przypominał lakier do włosów, tylko o wiele intensywniejszy, w dodatku zmieszany z zapachem gnijącego mięsa. Wzdrygnęłam się i również zwróciłam zjedzony poprzedniego wieczoru posiłek.
-Powinnyśmy znaleźć miejsce, gdzie nie czuć tego świństwa.- wymamrotała cała blada Blue, która właśnie wycierała brodę w rękaw kurtki. Szybko zebrałyśmy rzeczy, pragnąc jak najszybciej uciec z tego smrodu. Wspięłyśmy się w górę zbocza, a następnie, czując zapach jeszcze bardziej, skierowałyśmy się w stronę Rogu Obfitości. Ostrożnie wyszłyśmy z lasku, bojąc się pokazać Hadrii, Struve'owi i Beatryce na oczy, co na szczęście nie było konieczne- wszyscy trzej spali spokojnie wokół tlących się jeszcze kawałków drewna. Spokojnie ruszyłyśmy przed siebie. Usłyszałyśmy jednak za sobą przeciągłe, ostrzegawcze warknięcie, od którego włoski zjeżyły mi się na karku. Odwróciłam się. Na wysokości moich oczu znajdowała się głęboka pierś i długie łapy porośnięte gęstym, czarnym posklejanym futrem. Uniosłam głowę, by zobaczyć wściekłe oblicze wilka o wielkich ostrych zębach, po których skapywała ślina. Jaskrawożółte ślepia zwierzęcia pełne były nienawiści i żądzy mordu. 
-Odwróćcie się, ale ostrożnie. Nie patrzcie mu w oczy.- szepnęłam do dziewczyn. Niestety jednak Angela podniosła wzrok, co wystarczyło, by zmieszaniec rzucił się na nią z kłami. Zwierzę zatopiło zębiska w krtani zszokowanej dziewczyny. Blue krzyknęła przerażona, ale pociągnięta przeze mnie uciekła od wielkiej bestii. Wybuch armatni. Dziewczyna padła na kolana, zalewając się łzami, patrząc w martwe oczy blondynki. Świat się dla niej zatrzymał, ale nie dla zmieszańca. Poczułam na sobie zimny pot, gdy wilk zaszarżował w naszą stronę. Złapałam w dłoni topór i gdy zwierzę już miało rzucić się na Blue z zębami, ja w tempie błyskawicznym do niego podbiegłam, wzięłam zamach i pozbawiłam bydlaka głowy. Ciało jeszcze przez kilka sekund utrzymywało się w pionie, w końcu jednak padło na ziemię z głuchym łoskotem. Zwierzę było martwe. Odetchnęłam z ulgą i pomagając Blue podnieść się z ziemi, ruszyłyśmy w stronę miasta, mając nadzieję, że tam zastaniemy większy spokój i mniej podobnych sytuacji.

wtorek, 4 czerwca 2013

VII

Palące słońce, bezchmurne niebo i trybuci stojący na tarczach dookoła Rogu Obfitości. Rozejrzałam się, szukając zacienionego miejsca na wielkim pustkowiu pełnym gorącego piasku. Co to jest?, pomyślałam próbując wymyślić jakąkolwiek taktykę na bieżący moment. Nerwowo kręciłam głową i przytupywałam nogą, na przemian zaciskając i rozluźniając palce. Co robić? Co robić?, gorączkowo zastanawiałam się, próbując znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. W końcu w piasku udało mi się zauważyć czarny przedmiot, który zapewne miał być plecakiem. Obok niego zauważyłam kilka noży, które odbijały w klindze ostre światło słońca. Wiedziałam już gdzie się udać. Poczułam palące podniecenie i adrenalinę, która strzeliła mi do głowy. Gotowa do biegu pochyliłam się i ugięłam nogi, czekając na znak, że możemy rozpocząć rzeź. Ostatnie spojrzenie na trybutów- Beatyce w identycznej pozycji, co ja, Kocica podskakiwała w miejscu, pewna swojego zwycięstwa. Już przed nami ostatnie sekundy przed początkiem...
Zabrzmiał gong. Zerwałam się z miejsca i sprintem pobiegłam do miejsca wcześniej wypatrzonego, nie bacząc na innych, którzy już rozpoczęli walkę o śmierć i życie. Usłyszałam pierwsze wybuchy armatnie, gdy przedzierałam się przez niewygodną powierzchnię piasku. Jedno uderzenie. Drugie, trzecie, czwarte, a za nim kilka kolejnych. Schyliłam się i w biegu chwyciłam gorący w dotyku metalowy nóż i plecak, następnie zatrzymując się, by schować do torby kilka zapasowych ostrzy. Wtedy jednak poczułam przeszywający ból w kręgosłupie. Wymacałam palcami plecy, natrafiając na smukłą strzałę i krew sączącą się z rany. Zaraz... krew? Z moich ust wylała się szkarłatna posoka, a później zobaczyłam mroczki przed oczami. Ostatnie, co usłyszałam to wrzawa walki i huk armatni...
Z wrzaskiem usiadłam gwałtownie na łóżku, instynktownie dotykając kręgosłupa, gdzie wbiła się wcześniej strzała. Odetchnęłam z ulgą. To tylko sen, to tylko sen, powtarzałam w myślach, próbując na darmo się uspokoić- z resztą i tak za kilka godzin może mnie czekać to samo. Skuliłam nogi pod brodą i zaczęłam się kiwać w przód i w tył bojąc się ponownie zasnąć z obawy przed gorszymi koszmarami. Dziwiło mnie jedynie to, że nikt nie zjawił się, by zobaczyć dlaczego tak krzyczę, jednak niespecjalnie chciałam wtedy o tym mówić. Powoli wstałam z posłania i udałam się do łazienki wziąć prysznic, a jednocześnie obmyć się z resztki koszmaru. Ciepłe strumienie spływały w dół mojego nagiego ciała, rozprężając wszystkie spięte mięśnie. Oddychałam głęboko ciesząc się ostatnimi chwilami wolności. Wsłuchana w odgłosy bębnienia wody o szklane drzwiczki prysznica, nie przejęłam się nawet faktem, że ktoś wszedł do mojej sypialni.
Gotowa owinęłam się miękkim ręcznikiem i wyszłam z pomieszczenia. W pokoju siedziała Katniss. Zgarbiona wpatrywała się tępo w ścianę. Najwyraźniej nie zauważyła mojego przybycia. Albo po prostu zignorowała ten fakt. Odchrząknęłam głośno, a jej głowa powoli odwróciła się w moją stronę. Kobieta uśmiechnęła się do mnie gorzko.
-Ścinałaś paznokcie?- zapytała. Pytanie zbiło mnie z partykuły.
-Nie.- rzuciłam, siadając na łóżku, tuż obok niej.
-To dobrze. W przypadku, gdy stracisz wszelką broń, wtedy nawet one mogą okazać się pomocne.- wyjaśniła. Pocieszona spojrzałam się na ostatnią deskę ratunku. Teraz będę patrzeć na nie inaczej.
-Boisz się?
-A ty się bałaś?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
-Oczywiście, że tak. Przecież byłam wysyłana na śmierć.- mentorka spojrzała mi w oczy.- Poradzisz sobie, Vesper. Wierzę w to. I rozluźnij mięśnie.- rzekła, kładąc delikatnie dłoń na mojej zaciśniętej pięści.- Bardziej przydadzą ci się później, niż teraz.- powiedziawszy to, wyszła z pokoju. Oczywiście miała rację, jednak strach i zirytowanie wzięły nade mną górę, dzięki czemu nie mogłam rano funkcjonować prawidłowo, poruszałam się automatycznie, niczym robot.
W końcu Torii kazała nam, trybutom ruszyć za sobą w stronę dachu. Nasz przemarsz był milczący i raził ciemną energią w promieniu kilku kilometrów. Nawet Beatryce, która zwykle była z naszego towarzystwa najpogodniejsza (nie mówiąc już o naszej opiekunce...), szła cicho ze spuszczoną głową. Pierwszy raz widziałam jej włosy nienatapirowane, związane w lichego, krótkiego kucyka, a Keith był jeszcze bledszy, niż zazwyczaj. Matthew też nie wyglądał dobrze. Pod jego oczami widniały głębokie cienie, a o Meyerze nawet nie wspomnę. Pochód zatrzymał się na dachu, tuż przed drabinką prowadzącą do poduszkowca, który najprawdopodobniej miał zabrać nas na arenę. Spojrzałam na srebrny pojazd, dryfujący w powietrzu, czekając, aż w końcu pojawimy się w jego wnętrzu. Rzuciłam opiekunce krótkie, smutne spojrzenie. Kobieta wydawała się być roztrzęsiona faktem, że niedługo może nas nie zobaczyć.
-Niech los zawsze wam sprzyja!- próbowała przekrzyczeć poduszkowiec. Wiatr rozwiewał jej włosy, a jej uniesiona ręka drżała lekko. Skinęłam głową.
-I tobie.- odparła Beatryce łapiąc się drabinki. W końcu kobieta odeszła, pozostawiając nas samych. Wdrapaliśmy się na pokład pojazdu i zajęliśmy miejsca na wygodnych krzesłach.
Rozejrzałam się po pokładzie. Naprzeciw mnie siedział chłopak z Góry. Mrużył oczy, wpatrując się we mnie intensywnie. Ja również zmierzyłam go spojrzeniem. Była to niema rywalizacja o to, kto pierwszy spuści wzrok, ten jest słabszy. Patrzyliśmy się na siebie przez długą chwilę, w końcu jednak chłopak uśmiechnął się półgębkiem.
-Widzę, że nie masz zamiaru szybko się poddać.- rzekł powoli. Prychnęłam cicho.
-Chyba już rozmawialiśmy kiedyś na ten temat.- odparłam z pewnością siebie. Postanowiłam troski i strach schować głęboko w sercu i nie dać po sobie poznać, że jest we mnie choć trochę słabości. Oparłam się plecami o ścianę i zamknęłam oczy, wzdychając głęboko.
Zamknęli nas w podziemnych salach, które znajdowały się pod areną. Ostre światło jarzeniówek raziło mnie w oczy. Czekałam na Orę, która miała dostarczyć mi strój na arenę. W końcu i ona przybyła. Miała na sobie biały top na cienkich ramiączkach i fioletową spódnicę do kolan. W ręku trzymała pokrowiec z ubraniem na Igrzyska. Zorientowałam się, ponieważ widniało na nim duży herb Kapitolu. Sięgnęłam po ubranie. Kobieta kazała rozebrać mi się do bielizny, a następnie pomogła wciągnąć na siebie rozciągliwy, ale przylegający materiał jasnobrązowych spodni, podała mi czarny top na grubych ramiączkach, na to nasunęła jeszcze bluzkę z długim rękawem w kolorze khaki i zarzuciła mi na ramiona jeszcze kurtkę przeciwdeszczową. Nogi obułam w wysokie, sznurowane buty o grubej podeszwie. Gotowa stanęłam na przeciw kobiety. Pociągnęła cicho nosem. Wydawała się być smutna, ale nic nie mogła na to poradzić, że przyszła moja pora. Dotknęła opuszkami palców mojego policzka.
-Jesteś silna, poradzisz sobie.- szepnęła, patrząc mi w oczy. Kiwnęłam lekko głową.
-Poradzę sobie.- powtórzyłam bezmyślnie. W końcu mechaniczny głos oznajmił, że zostało trzydzieści sekund do wyjścia na arenę. Stanęłam na metalowej tarczy, która po chwili powoli pojechała w górę. Przez chwilę znajdowałam się w całkowitej ciszy i ciemności. Słyszałam jedynie swój płytki oddech i głośne bicie serca. Gdy w końcu wyjechałam z ciemnego tunelu, oślepiło mnie ostre światło słońca. W duszy modliłam się tylko, aby nie wylądować na pustyni, o której śniłam ubiegłej nocy. Ale nie. Było gorzej, niż poprzedniej nocy.
Areną miał być sam Kapitol. Wokół trybutów rozniosły się krzyki zaskoczenia i złości. To musi być jakiś żart., pomyślałam i poruszyłam się niespokojnie. Wybór organizatorów zdecydowanie był dla nas ciosem w brzuch. Przecież Kapitol był miejscem, z którym wiązaliśmy wszyscy najlepsze wspomnienia, które kochaliśmy wszyscy nad życie. Co robić? Mamy  w a l c z y ć? Tutaj? Nie! Nie! Nie! Proszę! Błagam! Niech to będzie tylko zwykły dowcip! Gorączkowo rozmyślałam, co powinnam robić. Rozejrzałam się dookoła. Tarcze zostały ustawione dookoła metalowego Rogu Obfitości, z którego wysypywały się najpotrzebniejsze przedmioty, jak broń, jedzenie i woda. Zostały ostatnie sekundy. Wypatrzyłam wzrokiem Blue, której wskazałam głową kierunek, w którym ma biec razem z Angelą. Sama w tym czasie chciałam pozbierać trochę zapasów i noży. Adrenalina już uderzyła mi do głowy. Poczułam żar w całym ciele. Nogi paliły mnie żywym ogniem, czekając, aż tylko będę mogła ruszyć. Ostatnie sekundy na tarczach. Ostatni raz omiotłam wszystkich badawczym spojrzeniem i przygotowałam się do startu, kątem oka starając się obserwować stojącą na tarczy obok Kocicę. Pionowe tęczówki zwęziły się jej do granic możliwości, a na jej ustach igrał szaleńczy uśmiech. Mimo wszystko była gotowa walczyć.
Gong. Rzuciłam się przed siebie, nie patrząc na nikogo. W sprincie chwyciłam nóż dwa i dwa plecami. Miałam zamiar wziąć ze sobą również kuszę, która leżała nieopodal, jednak nie zdążyłabym uciec przed szałem walki. Usłyszałam pierwsze gniewne krzyki bojowe, głuche jęki i wrzaski bólu. Jednak znaleźli się tacy, którzy potrafili zabijać z zimną krwią. Szczękał metal, zagrzmiał wybuch armatni. Po nim drugi, trzeci, czwarty, piąty, dziesiąty. Dziesiąty?! Zostało nas już tylko czternastu... Pędziłam przed siebie na łeb, na szyję. Nagle usłyszałam za sobą odgłos strzały wypuszczanej z kuszy. Błyskawicznie uchyliłam głowy, tak, że nie dosięgła mojej głowy, a kory drzewa rosnącego nieopodal. Wyrwałam ją szybkim ruchem. Odwróciłam się w stronę strzelającego i pokazałam mu zdobycz z szerokim uśmiechem na ustach. Zaśmiałam się chrapliwie i nim trybut ze złością zdążył założyć kolejny pocisk na cięciwę- zniknęłam między drzewami. W końcu zdyszana dogoniłam swoje sojuszniczki. Nie wiedziały, że to ja się zbliżam, dlatego jedna z nich wycelowała we mnie włócznią, którą najwyraźniej zdążyła pochwycić. Uniosłam ręce wysoko.
-Spokojnie, to ja.- odezwałam się cicho. Dziewczyna upuściła broń na ziemię i przytuliła mnie mocno.
Znajdywałyśmy się w lasku, który rósł spokojnie za parkiem. Kiedyś prowadziły tu alejki, które teraz pod naporem młodych, wyrastających spod asfaltu drzew- popękały. Stare posągi i fontanny dawno już omszały i zostały w połowie zeżarte przez kwas. Podałam dziewczynom plecak i usiadłam po turecku na ziemi, tuż koło nich. Postanowiłyśmy dzielić się jedzeniem, pełnić warty i bronić się nawzajem w razie niebezpieczeństw. Pomimo, że Igrzyska dopiero się rozpoczęły, ja byłam już piekielnie zmęczona. Z resztą nie tylko ja, bo gdy Angela z Blue rozkładały  śpiwory, które znalazłyśmy w plecakach, zawędrowała tu styrana, kulejąca czternastolatka z sińcami i ranami otwartymi na twarzy. Miała rozczochrane jasnoblond włosy, w które wplotły się stare liście, a jej ciemnoniebieskie oczy błagały mnie o litość.
-Idź.- mruknęłam, wskazując jej drogę wolną.
-Dziękuję.- szepnęła i pokuśtykała dalej. Niedługo jednak było się jej cieszyć życiem, bo po kilku minutach usłyszałam wrzask dziewczyny, po którym nastąpił głośny wybuch armatni, od którego podskoczyłam w miejscu. Popatrzyłam się na sojuszniczki i palcem pokazałam na wąwóz znajdujący się niedaleko. Zabrałyśmy szybko nasze rzeczy i ukryłyśmy się w dole w krzakach, przykrywając się dodatkowo powalonymi gałęziami drzew, suchymi liśćmi i igliwiem. Popatrzyłam się na ścieżkę, gdzie wcześniej stałam z dziewczynami. Przechodził tamtędy chłopak, z którym rano mierzyłam się wzrokiem. Przykucnął, widząc nasze niezakryte ślady starego obozowiska i następnie wstał, rozglądając się bacznie po okolicy. Miał bystry wzrok i surowość na twarzy. Jego włosy z tyłu związane były w krótki samurajski kucyk, a z przodu wchodziły mu do oczu. W ręku dzierżył długi miecz, na którym błysnęła świeża, szkarłatna krew. Najwyraźniej będzie zabijał z zimną krwią, nie patrząc na nic. Igrzyska właśnie się rozpoczęły. Niech więc los zawsze mi sprzyja.

sobota, 25 maja 2013

VI

- Bardzo ładnie moi drodzy! - zapiszczała Torii i klasnęła w dłonie. Uśmiechnęłam się szeroko i postanowiłam obejrzeć wyniki do końca. Dowiedziałam się, że najlepiej poradził sobie ze wszystkich chłopak spod stanowiska noży, bo zdobył aż dziesięć punktów. Również Kocica dawała radę, bo zyskała dziewiątkę i była na równi z Mattem, dziewczęcym chłopcem i Blue. Po skończonej audycji cała nasza gromadka zasiadła do stołu i zajęliśmy się pałaszowaniem kolacji.
- Jutro prezentacja telewizyjna - zaczęła Katniss pomiędzy kęsami. Cała nasza szóstka podniosła głowy znad talerzy i popatrzyła na nią, żądając wytłumaczenia - To znaczy, że wszyscy będziecie mieli wywiad z Raphaelem Linksem - dodała. Beatryce spojrzała się na mnie i uniosła brwi. W jej oczach dostrzegłam iskierki radości, a uśmiech rozświetlił jej twarz. Również rozciągnęłam radośnie usta.
- Będziemy sławne!? - pisnęła dziewczyna, a gdy mentorka pokiwała twierdząco, różowowłosa podskoczyła na krześle i wydała z siebie cichy okrzyk radości. No, a pojutrze i tak znajdzie się na arenie i prędzej, czy później zostanie zabita. I tak się skończy jej sława.
- A ja mam inne pytanie - rzekłam nagle. Katniss popatrzyła się na mnie, zachęcając do kontynuowania - Skoro jesteś naszą mentorką, to czemu nie dajesz nam rad, jak mamy przetrwać Igrzyska?
- Istotne pytanie - padła lakoniczna odpowiedź - Chciałam właśnie o tym porozmawiać.
Akurat, pomyślałam i uśmiechnęłam się półgębkiem.
- Najważniejsze jest to, abyście prezentowali się na scenie najlepiej, jak tylko potraficie. Jest to niezbędne, jeśli chcecie zdobyć sponsorów. Druga sprawa to pamiętać, aby od razu po wybiciu gongu chwycić tylko rzeczy będące pod ręką i uciekać gdzie pieprz rośnie. I nie zapomnijcie, aby po drodze spotkać się z członkami sojuszu, chyba, że działacie w pojedynkę. A trzecia rzecz... - przerwała, aby zaczerpnąć oddechu - A trzecia rzecz to nie dać się zabić - na te poważne słowa wszyscy spojrzeliśmy po sobie. Dopiero wtedy poczułam, jak blisko są już Igrzyska. Jak nieuchronna staje się rychła śmierć, a jak odległe ode mnie jest moje stare, komfortowe i wygodne życie.
Po skończeniu posiłku i wysłuchaniu wskazówek dotyczących areny, rozeszliśmy się do pokoi. Już jutro nadejdzie ostatni wolny dzień, który spędzę zapewne na przygotowywaniu się do występu w programie Raphaela Linksa.
Rozebrałam się i wskoczyłam do łazienki wykąpać się. Wybrałam opcję masażu i olejku zapachowego z aromatem mięty oraz szamponu kwiatowego. Namydliłam się dokładnie i spłukałam gorącą wodą, a gotowa wyszłam do sypialni, przebrać się w koszulę nocną na ramiączkach, sięgającej połowy ud w kolorze pudrowego różu z subtelnymi falbankami u dekoltu. Szczerze mówiąc nie byłam zbyt śpiąca, choć powoli dochodziła północ. Postanowiłam więc usiąść przy oknie i wpatrywać się w panoramę Kapitolu, której nigdy nie miałam dość. Za szybą mijały się samochody, ludzie spacerowali jeszcze po ulicach, a imprezowicze bawili się w barach i klubach, nie bacząc na godzinę. Długo wpatrywałam się w krajobraz, lecz dopiero po kilku godzinach dopadło mnie znużenie i zmęczona położyłam się na chłodnych panelach, odpływając w objęcia Morfeusza.
- Wstawaj, wstawaj, to kolejny wielki, wielki dzień, dziecino! - zaszczebiotała nasza opiekunka, która tego dnia zmieniła barwę włosów na jaskrawozieloną. Warknęłam kilka słów, ale posłusznie podniosłam się z ziemi. Torii popatrzyła się na mnie badawczo - Dlaczego śpisz na podłodze?
Wzruszyłam ramionami i otrzepałam się z kurzu. Kobieta machnęła ręką.
- Nie ważne, z resztą mamy dzisiaj mnóstwo pracy i zdecydowanie za mało czasu, dlatego pędź pod prysznic, a za dziesięć minut widzimy się przy śniadaniu. Tylko Vesper, pospiesz się, ok? - skinęłam lekko głową i popędziłam umyć się. Po około pięciu minutach wyszłam odświeżona. Otworzyłam szafkę na ubrania i przegrzebałam ją kilkakrotnie. Postanowiłam jednak ubrać się w długie fioletowe spodnie i czarny top na ramiączkach. Związałam jeszcze włosy w wysokiego kucyka, a potem gotowa wyszłam spożyć posiłek.
W końcu Beatryce mogła poczuć się komfortowo - tego dnia ćwiczyć mieliśmy rozmowę oraz chodzenie na obcasach. Dziewczyna dumnie i pewnie kroczyła w co najmniej piętnastocentymetrowych szpilkach, ubrana w długą do ziemi sukienkę, a ponieważ różowowłosa doskonale sobie radziła, chodziła wyprostowana z brodą uniesioną wysoko i delikatnym błyskiem w oku, Torii postanowiła zwolnić ją z dzisiejszych zajęć jakieś dziesięć minut po rozpoczęciu ćwiczeń. Osiemnastolatka była szczęśliwa całym dniem wolnym, który mogła  wykorzystać jako odpoczynek i relaks przed jutrzejszym wyjściem na arenę. Należało jej się to - przecież była przyjacielska i miła. Gorzej zaś radziłam sobie ja i Ananda, którą postanowiłam skreślić z listy potencjalnych zagrożeń - byłam pewna, że odpadnie tuż po starcie.
Torii głośno komentowała mój styl chodzenia i dawała wskazówki, jak przemieszczać się z większą gracją. Kobieta niemal co chwilę ganiła mnie za każdy możliwy błąd, że w pewnej chwili myślałam, że zacznie mnie karcić spryskiwaczem z wodą. Na szczęście jednak po kilku godzinach skończyłyśmy zajęcia i zostałam skierowana do Katniss, która miała poradzić mi, jak zachowywać się wśród publiczności.
Usiadłam tuż przed nią z lekkim uśmiechem.
- Wolisz śmietanę, czy jogurt naturalny? - rzuciła, a ja wytrzeszczyłam oczy.
- Słucham?
- Szybka odpowiedź! - zbyła moje pytanie podniesionym głosem.
- Jogurt naturalny - szczeknęłam i popatrzyłam na nią spod przymrużonych powiek, przez co zyskałam kilkusekundową naganę wzrokową.
- Zła odpowiedź. Z takim tonem możesz mówić do śmieciarza, a nie do prezentera telewizyjnego, którego show będzie widzieć cały kraj - pouczyła mnie spokojnie, a ja zrozumiałam o co jej chodziło. Kobieta chciała mnie przyzwyczaić do szybkich, natychmiastowych, naturalnych i szczerych wypowiedzi, aby być jak najbardziej prawdziwa w programie. Skończyłyśmy sesję po około półtorej godziny i od razu skierowano mnie do mojej ekipy przygotowawczej.
Trisia i Sloan po kąpieli nasmarowały mnie kilkoma pachnącymi olejkami rozświetlającymi skórę i wysypały na moje ramiona, ręce i dekolt odrobinę brokatu, a następnie razem z Liynn przystąpiły do malowania mnie. Siedziałam w milczeniu, gdy kobieta o egzotycznej azjatyckiej urodzie z uwagą nakładała na moje paznokcie trzecią warstwę granatowego lakieru.
- Ora postanowiła przygotować dzisiejszego wieczoru coś wyjątkowego - powiedziała spokojnie kobieta, a bliźniaczki twierdząco pokiwały głowami.
- Twoja dzisiejsza kreacja jest doskonała pod każdym względem! - zapiszczała jedna z zielonowłosych bliźniaczek, a druga potwierdziła jej słowa. Całkiem polubiłam moją ekipę przygotowawczą. Każda z dziewcząt była sympatyczna i niesamowita na swój sposób, a poza tym starały się być w porządku w stosunku do mnie, dlatego jak najbardziej się dało, starałam odwdzięczyć im się tym samym.
Gdy moja twarz i włosy były już gotowe, Liynn i bliźniaczki pociągnęły mnie w stronę lustra, abym mogła się przyjrzeć efektowi ich pracy. Popatrzyłam dokładnie. Błękit moich oczu okalały długie czarne wachlarze rzęs, które na okazję dzisiejszego wywiadu zostały przyprószone srebrnym brokatem. Na moich pomalowanych na szarość powiekach widniały czarne kreski, a usta raziły fioletem. Moje ciemne włosy zostały pofalowane i zgarnięte w luźnego kucyka, podpiętego ozdobną klamrą. Skóra na dekolcie i ramionach mieniła się srebrem, dzięki czemu wyglądałam niezwykle dostojnie i elegancko.
- Pięknie wyglądasz - usłyszałam za sobą głos Ory, na którego brzmienie gwałtownie się odwróciłam. Stylistka uśmiechnęła się promieniście i szczerze - Chodź, pokażę ci sukienkę! - zawołała w moją stronę i wskazała palcem z idealnie spiłowanym paznokciem pomieszczenie, gdzie zapewne czekała już na mnie moja kreacja. Stylistka pomogła mi ją na siebie włożyć i moje nogi wsunęła w dosyć wysokie, czarne szpilki ozdobione złotymi ćwiekami. Dopiero, gdy wszystko wraz z ciężką artylerią biżuterii zostało na mnie włożone i zapięte, brunetka pozwoliła mi zobaczyć swoje odbicie. Efekt był zaskakujący - kreacja była w odcieniu granatu, graniczącego z ciemną zielenią. Miała dekolt prawie po pępek, ale zasłaniała moje piersi. Rozszerzała się w biodrach i przy zakończeniu - w połowie moich ud - zwężała. Sukienka została uszyta bez ramiączek, dzięki czemu trzy złote i srebrne naszyjniki, w tym jeden z wielkim, jak pięść zielonym kamieniem jako wisior. Na rękach srebrzyły się bransolety, a brokat na moich ramionach błyskał w świetle lamp. Popatrzyłam w dół - wysokie obcasy niesamowicie wydłużały i wyszczuplały moje gładkie nogi.
- Vesper! Ślicznie wyglądasz! - zachwyciła się Torii, która wraz z Katniss czekała na mnie w progu drzwi. Gotową kobiety odprowadziły mnie za kulisy, gdzie dopiero teraz poczułam tremę i stres - przypomniałam sobie, że już jutro rozpoczną się Igrzyska. Przełknęłam głośno ślinę. Moje ręce drżały i pociły się ze zdenerwowania, ale w końcu przybyli inni, równie odświętnie ubrani trybuci, którzy patrzyli na stroje rywali i niektórzy wyglądali nawet, jakby chcieli z zazdrości zedrzeć z innych ubrania. Nagle jednak za kulisami pojawił się Raphael Links wraz ze swoją nową asystentką, Delphi Vipointe - kobietą o ostrych rysach twarzy, wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych, fioletowych oczach i ustach z wstrzykniętym botoksem. Wyodrębniało ją spośród innych również niebieskawy kolor skóry i zamiłowanie do dziwności na głowie - tym razem jej włosy zostały ułożone w morskie fale, obijające się o brzegi okrętu, który został umieszczony na jej głowie, niczym kapelusz.
- Nie martwcie się moi drodzy, nie będzie aż tak źle - pocieszył nas mężczyzna i uśmiechnął się szeroko, a potem wyszedł na scenę.
Co trzy minuty zostawał wywołany kolejny trybut, a ja z każdą chwilą zbliżałam się do wyjścia i zagoszczenia w programie mężczyzny. Dopiero wtedy spostrzegłam, że za mną stoi Matthew, którego loki zostały zaczesane do tyłu, a ubrany był w zwykłe czarne spodnie od garnituru i białą koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci. Uśmiechnął się do mnie lekko, ale nie zdążył nawet zacząć rozmowy, bo automatyczny kobiecy głos wyczytał moje imię i nazwisko.
Westchnęłam głęboko i wolnym krokiem wyszłam na scenę, a towarzyszyły mi gromkie brawa, okrzyki zachwytu i skandowane moje imię. Pomachałam lekko i zwróciłam się w stronę Raphaela.
- Jak tam, moja droga? Stres cię złapał? - zażartował i zaśmiał się, a publiczność mu zawtórowała. Chcesz żartować? Mogę żartować, tylko żebyś nie płakał!
- Och, okropny! - odparłam i teatralnie uniosłam ręce - Ostatni raz tak się denerwowałam przed klasówką w szkole! - ludzie zaśmiali się. Punkt dla Vesper.
- Może usiądziesz? Jestem pewien, że wygodniej będzie ci się rozmawiać w tym wygodnym fotelu - rzekł i poklepał miejsce koło siebie, które bez zastanowienia zajęłam - Powiedz mi, moja droga, jak żyłaś przed dożynkami? - zapytał spokojnym tonem.
- Mieszkałam z mamą i młodszą siostrą, miałam cudowną przyjaciółkę, Cassidy oraz wielu wspaniałych znajomych, z którymi niestety nie zdążyłam się pożegnać.
- A chłopak? Miałaś może chłopaka? - padło pytanie i zaciekawiona publiczność nachyliła się w naszą stronę. Pokręciłam jednak spokojnie głową - Naprawdę? Taka piękna dziewczyna nie miała nigdy chłopaka? - machnęłam lekceważąco ręką.
- Wolałam się bawić, niż angażować w związki. Tak samo teraz.
- Co teraz? Moja droga, coraz bardziej nas intrygujesz!
- Stwierdziłam, że powinnam przyjmować Igrzyska jako zwykłą grę, wtedy zdecydowanie łatwiej będzie mi to przeżyć - oparłam cicho i wypatrzyłam wzrokiem Katniss, która na migi pokazywała mi "nic więcej nie mów!", dlatego też zamknęłam usta i nic więcej nie powiedziałam na ten temat.
- Mhm, rozumiem - odparł mężczyzna i już otwierał usta, by zapytać się o coś jeszcze, gdy niespodziewanie zabrzęczał brzęczyk, oznajmiający koniec czasu.
- Jest mi niezmiernie przykro, ale musimy się już niestety pożegnać. Przed państwem wystąpiła Vesper Deepnight! - publika wiwatowała, gdy Raphael uścisnął moją dłoń - Dobrze sobie poradziłaś, gratuluję - szepnął jeszcze nim zeszłam powoli ze sceny.
***
Program się skończył, a nasza ekipa wróciła do apartamentu. Gdy tylko drzwi windy zamknęły się za nami, Katniss spojrzała na mnie z gniewem.
- Właśnie przedstawiłaś wszystkim trybutom swoją taktykę, idiotko - warknęła, na co nic nie odpowiedziałam.
- A co miałam powiedzieć? - wrzasnęłam.
- Cokolwiek! Przecież cię nie prosili o to, byś opowiedziała o swojej taktyce! - odkrzyknęła, zaciskając mocno pięści. Nagle pomiędzy nami stanęła Torii, odgradzając nas od siebie.
- Spokojnie moje drogie, usiądźmy, obejrzymy powtórkę - mówiła spokojnym, kojącym głosem. Obie usiadłyśmy, nie wypowiedziawszy sobie ani słowa. Telewizor sam się załączył, ukazując wesołe oblicze prezentera. Mężczyzna przez chwilę mówił na temat dzisiejszych gości i po kolei zapraszał ich do siebie. Prezentacja rozpoczęła się od wejścia na scenę dziewczyny z Dzielnicy Górnej. Po prezentacji wszystkich trybutów, na scenę została wywołana niejaka Hadria Cronin ze Wschodniego Kapitolu. Jakie było moje zdziwienie, gdy na ekranie pojawiła się krocząca żywiołowo Kocica. Towarzyszyły jej okrzyki i wiwaty, a ona energicznie machała do publiczności. Tym razem dziewczyna ubrana była w sukienkę z krótkimi rękawami i dosyć głębokim dekoltem. Kreacja przylegała do jej idealnie wyrzeźbionego ciała i sięgała lekko przed kolano. Strój ozdabiał wzór w lamparcie cętki, a dziewczyna, co doskonale było widać, czuła się w tym stroju rewelacyjnie.
- No no, moja droga! Wyglądasz  z n i e w a l a j ą c o! - zaczął mężczyzna, dokładnie przyglądając się dziewczynie (oczywiście jego wzrok na dłużej zawisł na jej atutach - piersiach oraz długich zgrabnych nogach). Hadria zachichotała, a w jej oczach zalśniły wesołe iskierki.
- Dziękuję ci, Raphaelu. Jest mi niezwykle miło gościć w twym programie - odparła aksamitnym głosem. Publiczność zawiwatowała, a prezenter teatralnie pokazał, że jej słowa go wzruszyły.
- Dobrze. Hadrio, może teraz powiesz nam, jak to się stało, że postanowiłaś przeistoczyć się w kocicę? Jestem też zaintrygowany faktem, że twoje kocie uszy ruszają się tak naturalnie. Czy to jakiś specjalny mechanizm? - padło pytanie. Kocica poruszyła uszami.
- Nie, te uszy są jak najbardziej prawdziwe. Możesz nawet ich dotknąć - odparła i nachyliła się, by mężczyzna mógł je spokojnie pomacać. Wydał się być zaskoczony.
- Niewiarygodne! Wspaniałe! - skomentował głośno. Dziewczyna wyszczerzyła zęby, ukazując gościom swoje ostre kły, a następnie założyła nogę na nogę - Więc może opowiesz nam, jak to się stało, że jesteś teraz w połowie kotem?
- Od dziecka intrygowały mnie te zwierzęta, były dla mnie niesamowite - takie szybkie, poruszały się z gracją i zwinnością, dlatego też moja matka zgodziła się na operację plastyczną, dzięki czemu mogłam sama w połowie stać się kotem. Właściwie nie tylko to upodabnia mnie do kota, ale również fakt, że wszczepiono mi kocie DNA - powiedziała spokojnie, jakby mówiła o najnormalniejszej rzeczy pod słońcem. Później Raphael rozmawiał z nią na temat Igrzysk. Kocica spokojnie odpowiadała na pytania, mówiła, że jej największą bronią zostaną jej zwinność i szybkość oraz jej największa zaleta - pazury. Prezenter był w nią wpatrzony, jak w dzieło sztuki, którym de facto była i  gdy zabrzęczał brzęczyk, pożegnał dziewczynę z prawdziwym smutkiem.

Po obejrzeniu wszystkich innych prezentacji (rzucił mi się w oczy również chłopak spod stanowiska noży,  który właściwie miał na imię Otton. Brunet od niechcenia odpowiadał na wszystkie pytania zadawane przez Linksa i wydawał się być wyluzowany) udaliśmy się do stołu spożyć wieczerzę, a następnie wszyscy skierowaliśmy się do łóżek. Ja niestety długo nie mogłam zasnąć. Wciąż przekręcałam się z boku na bok i starałam się zmrużyć oczy, niestety na próżno - byłam sparaliżowana strachem przed jutrzejszym wyjściem na arenę. W końcu zasnęłam...

sobota, 18 maja 2013

V

Tego rana zbudził mnie wielki huk za oknem. Błyskawicznie usiadłam na łóżku, rozglądając się dookoła. Zrzuciłam z siebie satynową narzutę, pod którą spałam i podeszłam do okna. Dopiero co zaczynało świtać. Niebo barwy gwieździstej czerni powoli znikało, zastępowane przez pomarańczowo- różową poświatę, ozdobioną w pierzaste, kolorowe chmurki. Szklano - lustrzane budynki już wtedy zaczęły tonąć w pierwszych złotych promieniach słońca, a na dworze nie można było zastać nikogo, oprócz pijanej kapitolińskiej młodzieży, dopiero co wracającej z całonocnej imprezy. Trudno było mi przełknąć fakt, że gdybym nie została wylosowana, pewnie świętowałabym razem z nimi. Odszukałam wzrokiem źródła głośnego dźwięku. To był mężczyzna, który wypuszczał w niebo wielokolorowe fajerwerki. Och, szkoda tylko, że w porę, w którą wszyscy Kapitolińczycy jeszcze słodko chrapali w swoich łóżkach. Westchnęłam głośno, przeczesując palcami ciemne włosy, jedwabiste w dotyku przez szampon, którego tu użyłam. Wbrew pozorom byłam wypoczęta i wyspana, dlatego też nie wróciłam z powrotem do łóżka, a udałam się do łazienki, wziąć szybki prysznic. Wybrałam interesujące mnie opcje i spokojnie zaczęłam się namydlać, spłukiwana jednocześnie ciepłą, niegorącą wodą. Następnie przebrałam się w strój podobny do wczorajszego i udałam się do salonu. Jak się spodziewałam - w pomieszczeniu panowała przyjemna cisza i nie było nikogo, jak mi się wpierw wydało. Rozejrzałam się po pokoju. Na szklanym stole jadalnianym stały już misy i wazy ze śniadaniem. Widziałam to wszystko dokładnie, choć do salonu ledwo co wpadały promienie słoneczne. Popatrzyłam dalej. Nic się przez noc nie zmieniło. Wtedy zobaczyłam, że ktoś leży na sofie. Cicho podeszłam do kanapy i nachyliłam się.
Nie spodziewałam się takiego poruszającego widoku. Katniss, nasza mentorka spała przytulona do swojego męża, Peety. Oboje wyglądali na błogich i szczęśliwych. Kobieta leżała z głową na ramieniu mężczyzny, a ręce trzymała na jego klatce piersiowej. Jej ciemne włosy były pierwszy raz rozpuszczone, ułożyły się wokół jej głowy okręgiem, niczym brązowa aureola. Na twarzy mentorki widniał lekki uśmiech. Peeta zaś obejmował kobietę ramieniem, a usta trzymał blisko jej czoła. Jego palce lekko się poruszyły, dlatego też powoli wycofałam się do pokoju przestraszona, że obudziłam śpiącą parę. Nim jeszcze dotarłam do sypialni, natknęłam się na Matta. Chłopak uśmiechnął się, przeczesując jasne loki i już miał coś powiedzieć, kiedy przytknęłam palec do ust, by go uciszyć. Blondyn uniósł pytająco brwi.
- Katniss tu śpi - szepnęłam - Jak chcesz pogadać, to chodź do mnie - dodałam jeszcze i ruszyłam, a on w ślad za mną.
Klapnęłam na łóżko, wpatrując się w Matta.
- Co tak wcześnie wstałaś? - spytał wesoło, gdy tylko zamknął za sobą drzwi. Wzruszyłam ramionami.
- Jakiś głąb postanowił puszczać fajerwerki i przy okazji mnie zbudził - odparłam od niechcenia. Przyjaciel uśmiechnął się półgębkiem.
- Miałem dokładnie to samo - rzucił cicho. Przez dłuższą chwilę nie odzywaliśmy się do siebie.
- Matt, ja nie chcę z tobą walczyć - zaczęłam łamiącym się głosem. Jego promienisty uśmiech zbladł.
- Ja też nie. Boję się jednak chwili, w której będziemy musieli się zabić - padła odpowiedź. Westchnęłam ciężko - A może uzgodnimy, że nasze grupy będą się po prostu mijać, nie wyzywając się do walki, co ty na to? - zaproponował z nadzieją w głosie. Po chwili namysłu zgodziłam się.
- Tak będzie najlepiej, dla obu naszych sojuszy - rzekłam i uśmiechnęłam się lekko.  
Minęła godzina, którą całą przegadałam z Mattem. Wtedy dopiero zrozumiałam, jak bardzo jestem głodna, dlatego oboje wyszliśmy, chcąc spożyć posiłek. Staraliśmy się zachowywać cicho, jednak oboje zauważyliśmy, że para mentorów siedzi przy naszym wspólnym stole, gawędząc ze sobą. Uśmiechnęłam się na ich widok. Sama od zawsze marzyłam o takiej miłości, jednak póki co się nie udało i nie zapowiadało się, że kiedykolwiek będę z kimś, kogo pokocham nad życie. Westchnęłam.
- Dzień dobry - przywitałam się pogodnie. Kobieta odpowiedziała mi lekkim uśmiechem. Peeta zasalutował żartobliwie, na co oboje zaśmiali się cicho. Wraz z przyjacielem zasiadłam do stołu i nałożyłam sobie na talerz górę jajecznicy i kilka pasków bekonu, prowadząc ze wszystkimi dosyć przyjemną rozmowę.
Po posiłku wszyscy udaliśmy się do sali treningowej, gdzie mieliśmy ćwiczyć do lunchu, po którym odbyć się miały testy na koniec treningu. Byłam lekko zestresowana, ale starałam się nie dawać tego po sobie poznać, dlatego gdy tylko winda na ćwiczenia się zatrzymała, ja wyskoczyłam z niej i doszłam do stanowiska noży. Chwyciłam jeden z nich i z całej swojej siły cisnęłam go w manekina. Ostrze wbiło się centralnie w gardło kukły.
- Cóż za siła, cóż za precyzja - skomentowała Blue, stając po mojej prawej stronie.
- Cóż za szybkość, cóż za śmiałość - dodała Angela, która zmaterializowała się u mej lewicy. Popatrzyłam się najpierw na jedną, potem na drugą i wyszczerzyłam się.
- Gdzie nauczyłaś się tak rzucać nożami? - spytała niebiesko włosa dziewczyna, która zdążyła już podejść do kędzierzawej Angeli i złapała ją za dłoń. Wzruszyłam ramionami. Poruszyła dosyć drażliwy dla mnie temat, gdyż tajemnicą moich umiejętności było... ciskanie nożami w młodszą siostrę Katherine vel Satan Deepnight. Cieszyłam się, że dziewczyna zaczęła się mnie bać po tym incydencie tak mocno, że nie pisnęła mamie o mojej agresji ani słowa. Jaki był tego powód? Po prostu działała mi na nerwy i wrzucała do poszewek na poduszki resztki owoców morza z obiadu.
- Wolisz nie wiedzieć - odszczeknęłam i zacisnęłam zęby. Blue wzruszyła ramionami i odeszła wraz z dziewczyną do stanowiska maskowania. Stałam jeszcze przez chwilę, wpatrując się w kukłę z moim ostrzem w gardle, gdy usłyszałam koło siebie, że ktoś podnosi nóż. Kątem oka przyuważyłam chłopaka, który dokładnie patrzył na broń trzymaną w dłoni. Z ciekawością wodził wzrokiem po idealnie zaostrzonej klindze i muskał kciukiem rękojeść. Miał ciemne włosy i szare oczy.
- Dobrze wyważony - odezwał się głębokim głosem, kiedy w końcu zorientował się, że od dłuższego czasu lustruję go wzrokiem.
- Taki ma być, przecież mamy z łatwością zabijać nim innych trybutów - odparłam znudzonym tonem. Chłopak uśmiechnął się półgębkiem i zaśmiał się.
- Niezwykle optymistyczne podejście do Igrzysk - zaśmiałam się gorzko na jego odpowiedź.
- Niespecjalnie widzi mi się skakanie z radości z powodu tego, że na arenie mogę zostać zabita już nawet w pierwszej minucie - zabrzmiała moja odpowiedź. Brunet dokonał dokładnych oględzin mojego wyglądu, nie pomijając żadnego szczegółu.
- Widziałem cię jak rzucałaś nożami. Nie jesteś taka zła, może nawet dożyjesz do wieczora - odpowiedział - No, chyba że wpadniesz na mnie - dodał i puścił mi oczko, odchodząc ze śmiechem. Widać, że żarty się go trzymają nawet w momencie, gdy psychicznie przygotowuje się do nieuchronnej rzezi. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Fajnie byłoby mieć kogoś takiego w sojuszu. No ale cóż. Westchnęłam i cisnęłam kolejnym ostrzem, które tym razem minęło się z kukłą o parę centymetrów.
Do pomieszczenia wkroczyła kobieta imieniem Atala i oznajmiła nam, że nadeszła pora lunchu, po którym po kolei wzywani będą trybuci w kolejności chłopak, dziewczyna, chłopak, dziewczyna, z kolejnych dzielnic, zaczynając od Górnej, na Dolnej kończąc.    
Zasiadłam do stołu, nałożywszy wcześniej na talerz jagnięciny z ryżem i zaczęłam powoli przeżuwać kolejne kęsy, nie zamieniwszy z nikim ani słowa. W końcu automatyczny głos zaczął wywoływać po kolei trybutów, a jadalnia powoli przerzedzała się. Tak jak się spodziewałam, moje imię zostało wyczytane jako ostatnie z naszej dzielnicy. Pożegnałam trybutów ostatnim spojrzeniem i weszłam samotnie na salę treningową. Rozejrzałam się po sali, zastanawiając się od czego powinnam zacząć. Oczy organizatorów czujnie śledziły każdy mój ruch, czekając na jakikolwiek pokaz umiejętności. W końcu odwróciłam się do nich twarzą.
- Vesper Deepnight, Kapitol Zachodni - zaczęłam ciężko i powoli udałam się do stanowiska z nożami. Chwyciłam po jednym na każdą rękę i powoli nimi rzuciłam, prosząc w duchu o celność. Jedno ostrze trafiło kukłę w goleń, a drugie zaś w brzuch. Byłam zadowolona. Popatrzyłam się na reakcję organizatorów. Tamci z aprobatą kiwali głowami, zapisywali coś, lub też szeptali sobie do ucha. Następnie chwyciłam topór i zaczęłam walić nim w kukłę. Tutaj nie szło mi tak łatwo. Dopiero za którymś z kolei ciosem udało mi się pozbawić manekina głowy.
- Dobrze, panno Deepnight, dziękujemy. Możesz wyjść z sali - powiedziała kobieta w fioletowej, natapirowanej czuprynie i makijażu przypominającym siatkę na twarzy. Skłoniłam się lekko i wyszłam z sali, udając się do wind stojących za drzwiami wejściowymi. Wydawało mi się, że poszło mi całkiem nieźle, choć o wyniku dowiem się dopiero za kilka godzin. W tym czasie postanowiłam udać się do sypialni, spokojnie się wykąpać i przebrać, a potem uciąć sobie drzemkę, uprzednio prosząc Torii o pobudkę na wyniki szkoleń.
Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Po około dwóch godzinach snu zostałam zbudzona przez naszą opiekunkę, więc po przetarciu zaspanych oczu udałam się do salonu, czekając, aż na ekranie pojawią się twarze Raphaela Linksa i jego dzisiejszego gościa, Fannię Greenlaw. Oboje zaczęli uprzejmą wymianę zdań na temat trybutów i pytali się nawzajem o swoich faworytów. Po krótkiej pogawędce, para w końcu przeszła do wygłaszania wyników. Wszyscy w pomieszczeniu w napięciu czekali na werdykt.
- Dzielnica Zachodnia poradziła sobie ze szkoleniem całkiem nieźle, tak mi się wydaje - zaczął Raphael.
- Rzeczywiście, to prawda. Pozwolisz, że jako pierwsza powiem o wyniku? - zapytała Fannia. Mężczyzna zgodził się skinięciem głowy. Na ekranie pojawiła się twarz Keitha, jego imię i nazwisko razem z cyfrą 6.
Chłopak nie wydawał się być zadowolony z wyniku, ale nie protestował. Popatrzyłam znów na ekran. Meyer zdobył siódemkę, a Matthew'a zaszczycono dziewiątką. Beatryce poklepała go po plecach i powiedziała mu kilka słów gratulacji. Teraz na ekranie widniała twarz Anandy z czwórką. Beatryce sięgnęła ósemki. W końcu zobaczyłam swoją twarz. W uszach słyszałam pulsującą krew i dudnienie serca, które rozluźniły się, gdy obok mojego zdjęcia również wyświetliła się cyfra osiem.

Obserwatorzy